Reklama

„Wielki Marty” przyciąga rozmachem kampanii, magnetyzmem Timothée Chalameta i energią narracji, ale pod błyszczącą powierzchnią kryje się zaskakująca pustka. Dlaczego produkcja, która wygląda jak pewniak sezonu, nie zostawia po sobie trwałego śladu?

Marketingowy fenomen i obietnica wielkiego kina

„Wielki Marty” wszedł do kin jak gotowe zjawisko kulturowe. Kampania promocyjna była precyzyjnie zaprojektowanym widowiskiem: spektakularne eventy z udziałem Timothée Chalameta, obecność aktora na turniejach sportowych i w przestrzeni publicznej w stylizacjach inspirowanych filmem, viralowe akcje w mediach społecznościowych, konsekwentnie budowany mit produkcji jako bezkompromisowego, energetycznego manifestu. Studio A24 nie sprzedawało wyłącznie historii, sprzedawało doświadczenie.

Recenzja - "Wielki Marty"
Kevin Mazur/Getty Images

Wszystko to działało bezbłędnie. Chalamet, jedna z najważniejszych twarzy swojego pokolenia, stał się osią kampanii, a aura wydarzenia rosła z tygodnia na tydzień. Oczekiwania były ogromne, miało to być kino odważne, intensywne, bezczelne w formie. Jednak gdy marketingowy hałas ucichł, pojawiło się pytanie – czy za perfekcyjnie wyreżyserowaną promocją stoi równie przekonująca opowieść?

Zobacz też: Czy po 25 latach kariery w końcu zdobędzie Oscara? To muzyczne dzieło może wiele namieszać!

Tempo i forma kontra emocjonalny potencjał

Trzeba oddać twórcom jedno, „Wielki Marty” ma znakomite tempo. Kamera jest niespokojna, montaż pulsuje, a narracja ani na chwilę nie pozwala widzowi wpaść w bezruch. To kino świadome rytmu, zbudowane na napięciu i intensywności. Estetyka nadmiaru, krzykliwa, dynamiczna, momentami wręcz odurzająca, staje się znakiem rozpoznawczym filmu.

Recenzja - "Wielki Marty"
Materiały Prasowe

Problem tkwi w konstrukcjach postaci. Marty, w interpretacji Chalameta, jest figurą napędzaną ego i ambicją, lecz niemal pozbawioną psychologicznej głębi. Aktor imponuje kontrolą, energią i charyzmą, ale scenariusz nie daje mu przestrzeni ani na pęknięcie, ani na chwilę autentycznej kruchości. Postaci drugoplanowe również pozostają szkicami i funkcjonują jako elementy świata, nie jako pełnokrwiste osobowości. W efekcie trudno o identyfikację, widz obserwuje spektakl, lecz rzadko zostaje dopuszczony do emocjonalnego wnętrza bohaterów.

Safdie kontra Safdie

Porównanie do hitu braci Safdie, „Nieoszlifowanych diamentów” wydaje się nieuniknione. Gdy duet pracował razem, ich kino, równie intensywne i nerwowe, miało w sobie organiczną wrażliwość. Chaos był nośnikiem ludzkiego dramatu, a adrenalina odsłaniała kruchość bohatera, gdzie intensywność służyła emocjom.

W „Wielkim Martym” proporcje wydają się odwrócone. Forma zaczyna dominować nad treścią, a styl nad psychologią. To film efektowny, miejscami hipnotyzujący, lecz emocjonalnie chłodny. Co ciekawe, Benny Safdie w „Smashing Machine” pokazał, że potrafi wydobywać z aktorów czułość i subtelność, budując portrety pełne wrażliwości. Na tym tle najnowszy projekt Josha sprawia wrażenie dzieła skupionego przede wszystkim na własnej energii.

„Wielki Marty” pozostaje więc filmem sprawnym formalnie, imponującym rozmachem i konsekwencją stylistyczną. Jednak w pogoni za intensywnością gubi coś istotnego, głębię i emocjonalny ciężar. To przykład kina, w którym przerost formy nad treścią staje się nie tyle świadomym wyborem estetycznym, co ograniczeniem.

Zobacz też: Miał być polskim kandydatem do Oscarów, a okazał się klapą. Dlaczego najdroższy film ostatnich dekad nie zachwycił?

Reklama
Reklama
Reklama