Reklama

Czy straszliwy Vecna ostatecznie zatriumfuje? To pytanie zadają sobie wszyscy widzowie, którzy z zapartym tchem czekają na ostatni odcinek piątego sezonu „Stranger Things”. Odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa, bo twórcy serialu mocno skomplikowali fabułę. W piątym sezonie wprowadzili tajemniczą postać pana Coto (w oryginale Mr. Whatsit). To elegancki, uprzejmy mężczyzna, który ujawnia się najpierw Holly, a potem też innym dzieciom w Hawkins.

Człowiek, który twierdził, że jest bogiem inspiracją dla aktora „Stranger Things”

Twórcy serialu szybko odkryli, że pan Coto nie jest nową postacią, ale kolejnym wcieleniem Vecny. Groźnym, bo sprytnie udającym przyjaciela. Ale pod płaszczykiem tej uprzejmości kryją się mroczne zamiary. Pan Coto wabi zdobywa zaufanie dzieci, by przejąć nad nimi kontrolę, sterować ich życiem i przejąć władzę nad światem.

Zobacz także: Finał coraz bliżej, a fani wściekli. Największa krytyka „Stranger Things” w historii. Co poszło nie tak w 5. sezonie?

Wprowadzenie tej postaci było wyzwaniem dla Jamiego Campbella Bowera, który w poprzednich sezonach grał rolę Vecny. Aktor musiał znaleźć pomysł na to, jak wcielić się w postać złoczyńcy, który udaje przyjaciela i sprytnie manipuluje ludźmi. Inspirację znalazł w prawdziwej historii, która rozegrała się prawie 50 lat temu i do dziś budzi przerażenie. Chodzi o sektę Świątynia Ludu, której przewodził Jim Jonas. Był tak wytrawnym manipulatorem, że skłonił swoich wyznawców do tego, by bezgranicznie mu ufali, a nawet czcili go jak boga.

Czytaj również: Polski akcent w największym hicie Netflixa. Nikt nie wierzył, że to możliwe

Bower, przygotowując się do roli pana Coto, dokładnie poznał historię twórcy Świątyni Ludu. „Jim Jones był jedną z moich pierwszych inspiracji. Był punktem odniesienia, jeśli chodzi o pewne rzeczy, które mówił w obecności dzieci. Zdecydowanie musiało być w panu Coto coś z przywódcy sekty” – wyznał aktor Bower w rozmowie z „Variety”. I dodał, że choć pan Coto nie wygląda tak przerażająco jak Vecna, to jest postacią jeszcze bardziej niebezpieczną. „Granie tego bohatera budziło we mnie strach” – stwierdził Bower.

Jim Jones i dramatyczny los jego wyznawców

Trudno się dziwić, że młody brytyjski aktor był przerażony graną przez siebie postacią, skoro wzorował ją na człowieku, którego nazwisko do dziś budzi lęk. Jim Jones własna wspólnotę religijną założył w 1955 roku, krótko po tym, jak wystąpił z seminarium duchownego. Głosił proste hasła – o równości wszystkich ludzi, konieczności walki z biedą, pomocy potrzebującym. To wystarczyło, by Świątynia Ludu szybko zdobywała wyznawców, a sam Wielebny Jonas – ogromną popularność. Lider miał talent do zdobywania sponsorów, dzięki którym zbudował dom opieki dla seniorów, fundował darmowe badania i posiłki.

Jim Jones z żoną Marceline w otoczeniu członków sekty w osadzie Jonestown
Jim Jones z żoną Marceline w otoczeniu członków sekty w osadzie Jonestown Don Hogan Charles/New York Times Co./Getty Images

Z czasem Jonas ogłosił, że Świątynia Ludu nie będzie kolejną wspólnotą chrześcijańską, ale całkiem nową religią. Bogiem został on sam. Jego gorliwi wyznawcy w to uwierzyli i w nadziei lepsze życie i zbawienie oddawali mu swoje majątki. Ziemskim rajem miała być dla nich własna osada Jonestown założona w środku lasu w Gujanie. Jonas wmówił swoim zwolennikom, że tam schronią się przed niebezpiecznym światem i będą żyć według własnych zasad.

Założona w 1974 roku osada szybko stała się więzieniem dla tych, którzy w niej zamieszkali. Więzieniem, z którego nie chcieli uciekać, bo Jonas skutecznie wmówił im, że powinni mu być bezwzględnie posłuszni, a surowe kary za najdrobniejsze przewinienia tak naprawdę służą ich dobru.

Zobacz także: O tym polskim hicie HBO będzie głośno całą zimę. To niezwykła opowieść o sekcie z Tomaszem Kotem w roli głównej

O ile sami wyznawcy Jonesa wierzyli, że są w ziemskim raju, to członkowie ich rodzin już nie. Dlatego w 1978 roku nakłonili senatora Leo Ryana, by sprawdził, co dzieje się w Jonestown. Polityk przyleciał tam z grupą dziennikarzy i prawników. Szybko odkrył, że Świątyni Ludu są poddawani praniu mózgu, wykorzystywani seksualnie i de facto żyją w niewoli. Delegacja nigdy nie wróciła do Stanów. Wszyscy zostali zabici na polecenie Jonesa.

Guru sekty zdawał sobie sprawę, że zabójstwo senatora Ryana i towarzyszących mu osób wyjdzie na jaw. Dlatego postanowił zakończyć działalność Świątyni Ludu. Zrobił to jednak w wyjątkowo perfidny sposób. Namówił mieszkańców Jonestown do zażycia trucizny. Większość z ponad 900 osób poddała się jego woli. W nocy z 18 na 19 listopada 1978 roku na rozkaz guru niemal wszyscy odebrali sobie życie. Ocalało jedynie 85 osób. Żadna inna sekta w historii nie pochłonęła tylu ofiar.

Reklama
Reklama
Reklama