Miał być polskim kandydatem do Oscarów, a okazał się klapą. Dlaczego najdroższy film ostatnich dekad nie zachwycił?
„Chopin, Chopin!” miał być filmem prestiżowym, kosztowną biografią, która połączy narodowy temat z międzynarodowymi ambicjami. Zamiast sukcesu i oscarowych nadziei pojawiły się jednak rozczarowanie widzów, chłodne recenzje i pytania o sens tak wielkiego rozmachu.

„Chopin, Chopin!” zapowiadano jako jedną z najważniejszych premier w historii polskiego kina — film o ogromnym budżecie, międzynarodowych ambicjach i wyraźnych aspiracjach oscarowych. Produkcja Michała Kwiecińskiego miała połączyć artystyczny prestiż z szerokim zainteresowaniem widzów. Z czasem jednak coraz wyraźniej okazywało się, że rozmach i intencje twórców nie przełożyły się na realny sukces, a wokół filmu zaczęła narastać narracja o rozczarowaniu i niespełnionym potencjale.
Ambicja, nazwiska i oscarowe marzenie
„Chopin, Chopin!” w reżyserii Michała Kwiecińskiego od początku był filmem obciążonym ciężarem ambicji, jakich w polskim kinie dawno nie widziano. Budżet w wysokości 70 mln zł uczynił go drugim najdroższym filmem w historii polskiej kinematografii, zaraz po legendarnym „Quo Vadis” z 2001 roku. Skala produkcji, międzynarodowe lokacje i narracja promocyjna jasno sugerowały, że nie chodzi wyłącznie o biografię Chopina, lecz o projekt prestiżowy, film, który miał reprezentować Polskę na arenie światowej.

W tym kontekście pojawiające się medialnie oscarowe ambicje na rok 2026 nie były zaskoczeniem. „Chopin, Chopin!” miał być wizytówką kultury wysokiej, dowodem, że polskie kino potrafi myśleć globalnie. Tym boleśniejsze okazało się zderzenie z realiami kinowymi. Frekwencja była niska, wpływy dalekie od oczekiwań, a film bardzo szybko został okrzyknięty klapą. Projekt, który miał być triumfem, stał się symbolem niespełnionej obietnicy.
Recenzje: zachwyt formą, chłód emocji
Krytycy niemal jednomyślnie dostrzegali rozmach wizualny filmu. Kostiumy, scenografia i zdjęcia budowały elegancki, dopracowany świat XIX-wiecznej Europy, a realizacyjna precyzja nie pozostawiała wątpliwości, że pieniądze widać na ekranie. Równie często podkreślano solidne aktorstwo Eryka Kulma i próbę pokazania Chopina jako postaci kruchej, wewnętrznie rozdartej.

Jednak w recenzjach powracały gorzkie sformułowania. Film określano, między innymi przez Karolinę Korwin-Piotrowską, jako „piękny, ale pusty”, a niektórzy krytycy pisali wprost, że produkcja „nie porwała”, mimo wyraźnych ambicji. Zarzucano jej brak spójnej narracji, emocjonalny dystans i wrażenie, że kolejne sceny istnieją obok siebie, zamiast tworzyć dramatyczną całość. W kontekście finansowej porażki te opinie wybrzmiały szczególnie mocno, stając się częścią opowieści o klapie.
Co poszło nie tak?
Przypadek „Chopin, Chopin!” pokazuje, że w kinie skala może stać się pułapką. Ogromny budżet, porównywany do „Quo Vadis”, wywindował oczekiwania do poziomu, któremu film nie był w stanie sprostać. Zamiast uniwersalnej opowieści o artyście widzowie dostali estetyczny fresk, który dla wielu okazał się zbyt chłodny i zbyt zdystansowany.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby YouTube i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Ta klapa stała się czymś więcej niż porażką jednego tytułu. To sygnał ostrzegawczy dla polskiego kina — że wielkie nazwiska, narodowy temat i marzenia o Oscarach nie zastąpią emocjonalnej prawdy i mocnej dramaturgii. „Chopin, Chopin!” zapisuje się w historii jako film, który chciał zbyt wiele i właśnie dlatego tak dotkliwie się potknął.
Zobacz też: Był objawieniem ostatniego festiwalu w Gdyni. Ten doskonały film autora "1670" już można oglądać online