Na festiwalu w Cannes został wygwizdany, dziś jest uznawany za manifest kobiecości. Film o potężnej królowej właśnie trafia na Netflix
Pastelowa baśń, buntowniczy manifest czy gorzki portret uwięzionej duszy? „Maria Antonina” w reżyserii Sofii Coppoli wraca do streamingu i przypomina o swoim kultowym statusie. To film, który więcej ukrywa, niż pokazuje i właśnie dlatego nie sposób oderwać od niego wzroku.

Za fasadą koronek, pastelowych tortów i królewskich sal kryje się opowieść, która nie daje spokoju. „Maria Antonina” Sofii Coppoli to coś więcej niż film kostiumowy — to zmysłowy manifest o wolności, samotności i roli kobiety w świecie pozorów. Już 1 lutego ten kontrowersyjny tytuł powraca do streamingu, by zadać widzom pytanie, którego nie da się zignorować.
Nowoczesność w peruce – rewolucja formy, która zachwyca do dziś
Kiedy Sofia Coppola sięgnęła po historię Marii Antoniny, nie miała zamiaru stworzyć kolejnej szkolnej laurki o królowej, która spektakularnie wjechała do Wersalu a skończyła na gilotynie. Jej „Maria Antonina” z 2006 roku to film kostiumowy tylko z pozoru, bo w rzeczywistości to zmysłowa, zuchwała i w pełni współczesna opowieść o dorastaniu, samotności i duszności życia pod nieustannym spojrzeniem. Luksusowe kadry, pulsująca muzyka lat 80., fryzury jak z teledysku i słodkie pastele przypominają bardziej reklamę perfum niż dokument historyczny i właśnie w tej przewrotności tkwi siła tego obrazu.

Coppola celowo rezygnuje z linearnej, dydaktycznej narracji. Jej bohaterka nie jest ideologicznym symbolem ani historyczną ofiarą, ale młodą dziewczyną, rzuconą w świat, którego nie rozumie. Styl i forma stają się głównymi narratorami, to, co widzimy i słyszymy, buduje emocje silniejsze niż jakikolwiek dialog. Wersal to nie miejsce, to stan ducha, labirynt, z którego nie da się uciec, nawet jeśli ma się całą Europę u swoich stóp.
Forma jako treść – przewrotność stylu Coppoli
Choć scenariusz oparty jest na biografii autorstwa Antonii Fraser, Coppola pozwala sobie na twórcze przesunięcia, które zbliżają widza nie tyle do faktów, co do ich emocjonalnej prawdy. Klasyczne kino historyczne często tłumi to, co wewnętrzne, z kolei tu jest odwrotnie. Nie ma tu typowej dramaturgii dworu, walki o władzę czy zniuansowanej polityki. Są za to spojrzenia, westchnienia i chwile milczenia. Maria Antonina grana przez Kirsten Dunst nie jest ikoną upadku monarchii, jest dziewczyną, której nikt nie dał szansy na bycie sobą.

Film bywał krytykowany za formę, jakby nadmiar estetyki miał przesłonić prawdę historyczną. Tymczasem to właśnie dzięki tej estetyce Coppola dotyka uniwersalnych tematów: dorastania w izolacji, kobiecego dojrzewania i presji społecznej. To portret nie królowej, ale człowieka pod presją roli. Maria Antonina, choć odarta z mitologii, zyskuje głębię, bo historia, opowiedziana językiem popkultury, staje się bardziej przystępna, a przez to i bardziej bolesna.
Nowe życie klasyka – wielki powrót „Marii Antoniny”
Już w ten weekend, 1-ego lutego film powraca na ekrany, tym razem w serwisie Netflix. I choć minęło już niemal dwadzieścia lat od jego premiery, wydaje się, że dopiero teraz może wybrzmieć w pełni. Odbiorcy, bardziej dziś oswojeni z hybrydowymi formami narracji i eksperymentami w estetyce, są gotowi na to, by zobaczyć w dziele Coppoli coś więcej niż „ładne obrazki”. „Maria Antonina” to przecież nie tylko styl, a opowieść o mechanizmach władzy, samotności i kobiecej niewidzialności, które nie przeminęły razem z upadkiem monarchii.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby YouTube i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Film, który niegdyś wywołał gwizdy w Cannes, dziś funkcjonuje jako kultowy manifest kobiecego spojrzenia w kinie historycznym. Dla jednych to list miłosny do młodości, dla innych, gorzka opowieść o końcu złudzeń. To dzieło, który zadaje pytanie: czy można naprawdę poznać historię, jeśli patrzymy na nią wyłącznie przez pryzmat faktów, a nie emocji? Coppola stanowczo udowadnia, że nie, za to można ją poczuć.