Nie wróżono mu sukcesu, a stał się legendą. Ten hit PRL-u pokochały miliony. Odsłaniamy historię wielkiego przeboju
„Żółte kalendarze” nie są tylko piosenką. To emocja zapisana w dźwiękach. To wiersz śpiewany głosem, który nie potrzebuje ozdobników. I choć od nagrania minęły dekady, wciąż wywołuje ciarki i wzrusza tak samo, jak wtedy – w styczniu 1965 roku. Poznaj historię utworu.

Subtelna melodia, liryczny głos i słowa, które poruszają do dziś. Gdy w 1965 roku Piotr Szczepanik zaśpiewał „Żółte kalendarze”, Polska wstrzymała oddech. Choć utwór wydawał się nie pasować do epoki rozkrzyczanego bigbitu, okazał się iskrą, której potrzebowała publiczność. Historia tej piosenki to opowieść o spotkaniu dwóch artystycznych światów – wrażliwego wokalisty i niepokornego kompozytora. To także dowód na to, że czasem najmniej oczywiste wybory stają się tymi najważniejszymi.
Korzyński i Szczepanik – przypadkowe spotkanie, które zmieniło wszystko
Zanim „Żółte kalendarze” uczyniły go jednym z najważniejszych głosów swojego pokolenia, Piotr Szczepanik był po prostu studentem historii sztuki. Występował na festiwalach studenckich, budząc zachwyt skromnością i głosem niosącym w sobie melancholię. Ale brakowało mu repertuaru, który porwałby słuchaczy. Przełom przyszedł wraz ze spotkaniem z człowiekiem, który miał równie wyrazisty talent – Andrzejem Korzyńskim.
Andrzej Korzyński – wizjoner, kompozytor, świeżo po powrocie z Paryża szukał głosu. Głosu, który nada jego nowym kompozycjom duszę. Prowadził już zespół Ricercar 64, był szefem „Studenckiego Magazynu Muzycznego” i chciał stworzyć coś nowego. Jak wspominał po latach, to właśnie w Lublinie, podczas przeglądu piosenki, usłyszał Szczepanika.
„Był tak fantastyczny, tak odbiegał od innych wykonawców, tak fajnie wyglądał, do tego ta jego liryka w głosie, oszczędność w gestach. No wyróżniał się zdecydowanie. Powiedziałem mu, że mam taki zespół, okazało się, że wiedział, o co chodzi i szukam wokalisty. I, czy jak miałbym dla niego piosenkę, to czy by ją zaśpiewał”, relacjonował cytpwany przez „Angorę".
Czytaj też: Przy tej piosence tysiące Polaków zaczynało wspólne życie. Hit lat 60. stał się hymnem miłości

„Żółte kalendarze” i tekst, który z początku rozczarował
Piotr Szczepanik miał głos. Korzyński – muzykę. Brakowało tylko słów. Tu na scenę wchodzi Jerzy Miller, autor tekstu do „Żółtych kalendarzy”. Słowa, które dziś brzmią jak poezja, na początku... nie zachwyciły.
„Wydał mi się taki za mało „piosenkowy”. Mało traktował o miłości, jakiś taki był smutnawo-sentymentalny. Potem jednak przekonałem się, że jest w nim głęboka treść, że mówi o przemijaniu, o tym, żeby nie żyć przeszłością, żeby patrzeć w przód, nie oglądać się za siebie. Zresztą zderzony z tą nostalgią, jaką miał w głosie Piotr, okazał się być absolutnie „na miejscu”, opowiadał kompozytor [cytat za Cyfrowa Biblioteka Piosenki Polskiej]. A jednak, coś w tej nostalgii rezonowało z głosem Szczepanika. Pozostawała praca nad interpretacją.
4 stycznia 1965 roku, w radiowym studiu na ulicy Myśliwieckiej, nagrano „Żółte kalendarze”. Ten dzień zapisał się złotymi zgłoskami w historii polskiej piosenki. Utwór powstał w atmosferze skupienia, ciszy. Piotr Szczepanik zaśpiewał utwór, jakby opowiadał intymną historię – swoją, a jednak wspólną dla wielu.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby YouTube i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Listy, które zalały Polskie Radio
Piosenka trafiła do konkursu Radiowej Piosenki Miesiąca. Głosować można było listownie. To, co stało się potem, przeszło wszelkie oczekiwania. „Pamiętam te wory z głosami, które zalegały redakcję po sufit, przerażenie, że trzeba to zliczyć. Do tamtej pory przychodziło kilka tysięcy głosów, a tu nagle na same „Kalendarze” wysłano… 60 tysięcy listów”, śmiał się po latach Korzyński. 60 tysięcy listów. Sześćdziesiąt tysięcy głosów oddanych na „Żółte kalendarze”. Polska zakochała się w tej melodii.
„Żółte kalendarze” pokazały, że w czasach rewolucji muzycznej i społecznej jest miejsce na ciszę, zadumę i poezję. To utwór, który mówił o przemijaniu, o pamięci i o tym, by patrzeć w przyszłość bez żalu. W głosie Szczepanika była prawda, którą czuło się niezależnie od wieku czy miejsca. Piosenka otworzyła mu drzwi do wielkiej kariery. Później przyszły kolejne przeboje: „Kochać…”, „Goniąc kormorany”, „Puste koperty”, ale to właśnie „Żółte kalendarze” na zawsze pozostały jego muzyczną wizytówką.
Sprwadź też: Polacy całowali się przy jego piosenkach. Fenomen lat 60. uwodził balladami, choć sam w miłości przegrywał

Polska 1998 fot. Proñczyk/AKPA