Agnieszka Warchulska nie chciała grać z mężem, bo "to nie jest zdrowe dla związku". Aż zadzwoniła do niej Krystyna Janda
Intensywne sceny, spotkanie z ikoną i trudne emocje, których nie da się wyłączyć jednym ruchem. Tak wygląda praca Agnieszki Warchulskiej nad spektaklem "Koniec czerwonego człowieka", który w OCH-Teatrze reżyseruje Krystyna Janda. Aktorka opowiada o kulisach tego przedstawienia, graniu u boku męża, bliskości widza, odpowiedzialności aktora i o tym, czego dziś naprawdę potrzebuje – jako artystka, kobieta i matka. To rozmowa o dojrzałości, wdzięczności i świecie, który coraz częściej wymaga od nas odwagi zamiast ucieczki.

- Redakcja VIVA!
Teatr bywa wymagający i intensywny, ale też bardzo intymny. Co dziś daje Ci scena?
Teatr był zawsze dla mnie – i jako widza, i jako twórcy – jednym z najbardziej fascynujących sposobów wyrażania się i komunikacji międzyludzkiej. Siadasz na widowni albo wchodzisz na scenę i wspólnie z grupą, najczęściej obcych ludzi, odkładasz swoje życie na bok i wchodzisz w zupełnie inną rzeczywistość. Umowną, nieprawdziwą, a jednocześnie najprawdziwszą, jak się tylko da.
Zwłaszcza dzisiaj – w świecie pełnym iluzji, wizerunkowego oszustwa, filtrów poprawiających urodę i głos, w świecie treści generowanych przez fałszywych proroków i AI – teatr jest jeszcze ostoją autentycznego przeżycia. Teatr weryfikuje aktora, obnaża jego niedostatki, ale jednocześnie daje szansę na wzniesienie się na wyżyny aktorskiego kunsztu.
Grasz rolę Wiery w spektaklu „Koniec czerwonego człowieka” w OCH-Teatrze – czy po takim przedstawieniu da się po prostu wrócić do domu i „wyłączyć emocje”?
To jest spektakl trudny i bardzo wymagający. Grając Wierę, za każdym razem muszę mierzyć się z jednym z najtrudniejszych doświadczeń w życiu człowieka – i muszę wejść w to na sto procent. Ten spektakl jest tak skonstruowany, że nie mam tzw. protez. Jest żywy człowiek i przepuszczone przez niego doświadczenie.
Nie jest łatwo po czymś takim po prostu wyłączyć emocje i wrócić do swojej rzeczywistości. Ale po latach grania samobójczyń, gwałconych kobiet, matek tracących dzieci, królowych palonych na stosie, wypracowałam – wyćwiczyłam – umiejętność wychodzenia z takich stanów bez szwanku dla mojej psychiki. Chyba. Zresztą najlepszym „uziemieniem”, jak ja to nazywam, dla aktora są własne dzieci. Właśnie na scenie straciłaś największą miłość swojego życia, ale wracasz do domu, a tam czeka pachnące niewinnością ciałko, które się w ciebie wtula – i już, antidotum przyjęte.
Ten spektakl dotyka historii i ludzkich wyborów. Czy praca nad nim zmieniła coś w Twoim prywatnym patrzeniu na świat?
„Koniec czerwonego człowieka” jest – niestety – spektaklem bardzo aktualnym. To nie jest ogólne rozważanie nad kondycją natury ludzkiej. W kontekście wojny w Ukrainie i autorytarnych fantazji wielu światowych przywódców ten tekst i ten spektakl są diagnozą procesów, w których tkwimy jak w oku cyklonu.

Reżyseruje Cię Krystyna Janda – ikona teatru i silna osobowość. Czego nauczyła Cię ta współpraca?
Praca z Panią Krystyną Jandą była od zawsze moim marzeniem. Podziwiałam jej role filmowe i teatralne – „Shirley Valentine”, „Biała bluzka”, „Maria Callas. Master Class”. Kiedy skontaktowała się ze mną i z moim mężem w sprawie pracy nad „Końcem czerwonego człowieka”, bardzo się ucieszyłam, ale też bardzo się bałam rozczarowania.
Już kilka razy w życiu widziałam, jak z ludzi, których podziwiałam, opadały maski – a widok pod spodem nie był za ciekawy. Tymczasem spotkałam ikonę: silną, niezależną, niesamowicie sprawczą kobietę, ale przede wszystkim pięknego, dobrego człowieka. Troszczącą się o współpracowników szefową i przyjaciółkę, która w ferworze tygodnia przedpremierowego pamięta o urodzinach najbliższych ludzi.
Czy w tej pracy jest miejsce na improwizację i intuicję?
Spektakl z trzynastoma aktorami, grany na dwie strony, wymaga ogromnej dyscypliny i precyzji. Nie możemy się zasłaniać, musimy znaleźć wspólny rytm, ustalić akcenty. Ale jednocześnie Pani Krystyna daje bardzo dużo aktorskiej wolności. Kiedy czuje, że wiesz, co robisz ze swoją postacią, pozwala pracować intuicyjnie – a ja to bardzo lubię. Próby stolikowe są ważne, ale ja średnio umiem teoretyzować. Często mam przeczucia, przebłyski i muszę je sprawdzić „na żywym organizmie”.
Grasz w tym spektaklu z mężem, Przemkiem Sadowskim. To pomaga czy utrudnia?
To jest bardzo trudne. Występujemy razem już w trzech produkcjach i kiedyś obiecywaliśmy sobie, że raczej nie będziemy razem pracować – bo to nie jest zdrowe dla związku. Ale życie pisze własne scenariusze. Po zwolnieniu mnie z etatu w Teatrze Dramatycznym szukałam pracy i trafiły się propozycje dublur. Intensywność grania sprawiła, że powtarzaliśmy: nigdy więcej. Ale nie odmawia się Krystynie Jandzie pracy nad tekstem inspirowanym reportażem Swietłany Aleksijewicz. Na scenie musimy być dla siebie bardzo okrutni – i to nie jest łatwe.
Czy teatr pomaga lepiej rozumieć siebie?
Nigdy nie byłam zwolenniczką traktowania teatru jako formy autoterapii. Oczywiście postać „używa” mojego ciała, wrażliwości i wyobraźni. Oczywiście dotykasz własnych lęków, bolesnych miejsc. Ale teatr musi być czymś więcej niż zapisem aktorskiego rozedrgania.
Teatr jest metaforą, syntezą, żywiołem rządzącym się własnymi prawami. Publiczność w OCH-Teatrze jest bardzo blisko – muszę dać jej prawdziwe emocje, ale nie mogę się w nich nurzać w sposób niekontrolowany. Najpiękniejszy moment jest wtedy, gdy całkowicie odpuszczam siebie, zanurzam się w świecie przedstawionym, a jednocześnie kontroluję sytuację. Jestem w jednym oddechu z publicznością – i trochę tym oddechem kieruję.
Jakie reakcje widzów po „Końcu czerwonego człowieka” poruszają Cię najbardziej?
Gdyby miała opisać ten spektakl jednym słowem, byłoby to słowo: dojmujący. I chciałabym, żeby ludzie z takim dojmującym smutkiem i niepokojem wychodzili z teatru. Często słyszę: „mamy tyle problemów, chcemy tylko rozrywki”. Ale teatr to komedia i tragedia. Uciekanie wyłącznie w rozrywkę jest eskapizmem. Myślenie, refleksja nad naturą rzeczy – to nasz obowiązek. Wiem, że brzmi to patetycznie, ale naprawdę tak uważam.

Jak dbasz o równowagę psychiczną?
Mam wrażenie, że jestem dość silna psychicznie. To nie moja zasługa – miałam szczęśliwe dzieciństwo, kochających rodziców. Uprawiam zawód, w którym nieustannie jestem wystawiona na ocenę i krytykę, ale mam sprawne mechanizmy obronne. Mam cudowną rodzinę, dzieci, które są moją dumą, partnera, który jest moją miłością i najlepszym przyjacielem. Uwielbiamy tenis, nurkowanie, podróże. Codziennie praktykuję wdzięczność – bo wiem, że wielu ludzi tego nie ma.
Czego dziś najbardziej potrzebujesz – jako aktorka i jako kobieta?
Mam pięćdziesiąt cztery lata. Czasem czuję, że to aż tyle – okulary do czytania, bolące kolana, zmęczenie po sporcie. A jednocześnie czuję, że tyle jeszcze przede mną. Potrzebuję zdrowia i sił. Potrzebuję mądrych przywódców, żeby nie martwić się o przyszłość moich synów. Potrzebuję, by prawa kobiet nie były ciągle podważane, byśmy nie musiały udowadniać, że „kobieta to też człowiek”. Potrzebuję świata, w którym dorośli ludzie mogą kochać kogo chcą. A aktorskie zwierzę we mnie? Oczywiście chce więcej, mocniej, intensywniej – i za większą kasę. Ale i bez tego jest ok.