Reklama

Zanurzenie się w świat wykreowany przez Joannę Laprus wymaga chwili oddechu od nowych technologii i pędu codzienności. Autorka „Słowiańskich bogiń ziół” i „Bogini słowiańskich szeptów” w rozmowie z Beatą Nowicką zabiera nas w podróż do świata dawnych wierzeń, ludowej magii i kobiecych archetypów. Przypominamy ten niezwykły wywiad opublikowany na łamach magazynu VIVA! 16/2025, w którym Laprus opowiada o dzieciństwie pełnym baśni, pasji do słowiańskiej mitologii oraz sile słów i natury, które do dziś potrafią uzdrawiać.

Wywiad z Joanną Laprus. Magazyn VIVA!

W świecie nowych technologii Ty w swoich książkach zabierasz nas w podróż na pogranicze światów. Rzeczywistości i magii. Oraz przeszłości: naszych korzeni, wierzeń, wyobraźni przodków.

Myślę, że my tę przeszłość wciąż mamy w duszy. Żyjemy w nowoczesnym świecie, gdzie AI zagarnia coraz większą przestrzeń, ale wciąż istnieje druga strona tego świata, choć troszkę zapomniana. Pisząc te książki, chciałam wrócić do czasów dzieciństwa, w których jeszcze istniały łąki, a nie działki deweloperskie, gdzie można było spotkać tańczące rusałki, w studniach i jeziorach rodniki, a w starej wierzbie diabła. Gdzie pod piecem, wbrew woli babci, która nie tolerowała tego typu istot, rezydował duch domownik i trzeba było na niego uważać. Takie baśnie opowiadał mi dziadek. Świat mojego dzieciństwa był wielowymiarowy, nieoczywisty, magiczny. Kilka lat temu, zmęczona intensywnym trybem życia, jaki prowadzę, zatęskniłam za tym światem.

– Opowiedz o tej tęsknocie.

Zaczęło się od tego, że jako dziecko mieszkałam na wybetonowanym podwórku w środku Jędrzejowa. Z tęsknotą patrzyłam na drzewa sąsiadów, które kojarzyły mi się z przestrzenią i wolnością. Pod oknem widziałam żółte kwiaty mniszka z trudem przeciskającego się między płytkami chodnika. Miałam poczucie, że nie mogę oddychać, wiecznie było mi ciasno. Którejś wiosny rodzice zrobili ogródek. Mieli rękę do roślinności, tata posadził tam lubczyk, z którego wyrosło dorodne drzewo. Miejsce schadzek wszystkich kotów z okolicy, które przychodziły w zaloty do mojej kotki.

– W „Słowiańskich boginiach ziół” piszesz o lubczyku: „Jeden z najsilniejszych afrodyzjaków. Dodawano go potajemnie do napoju lub noszono przy sobie, żeby wzbudzić uczucie upatrzonego chłopca”.

„Ziele miłości”. Matki kąpały córki w wywarze z liści lub korzenia lubczyku, aby podobały się chłopakom, jak dorosną. Dla zwiększenia mocy dziewczęta przypinały sobie kwiat lubczyku do włosów. Od starożytności znany był jako roślina przyprawowa. Ma korzenny zapach i smak zbliżony do selera. Jak większość ziół był stosowany przeciwko czarom i urokom, okadzano nim zwierzęta domowe, żeby nie chorowały. Był też przydany w walce z rusałkami i czartami. W medycynie ludowej leczono nim kaszel i ból gardła. Napar z lubczyku lub liście gotowane na mleku stosowano w chorobach kobiecych, z tego powodu nasze prababki nazywały go „babskim zielem”.

Zobacz też: Osiągnęła mistrzostwo świata w boksie, dziś Iwona Guzowska mówi o sobie: „Jestem nikim”. I robi to z dumą! Dlaczego?

Joanna Laprus, VIVA! 16/2025
Joanna Laprus, VIVA! 16/2025 Bartek Wieczorek

– Twoja pasja zaczęła się…

…od opowieści dziadka, który pochodził z Podlasia i był równie magiczny, jak miejsce nad Bugiem, w którym się urodził. Pratulin. Nazwa brzmi jak z baśni. Dzika rzeka, łąki aż po horyzont i niezapominajki sięgające do pasa. Dziadek miał trzy lata, gdy zmarli jego rodzice, i został oddany do sierocińca pod Janowem Podlaskim. W czasie wojny trafił do Niemiec. Tam poznał babcię. Zakochał się i miłość zawiodła go w Świętokrzyskie. Nigdy nie zapomnę, jak mi powiedział: „Pojechaliśmy z babcią po wojnie na Podlasie, ale Armia Czerwona zniszczyła tam wszystko. Oni nawet drzewa powyrywali z korzeniami”. Strasznie nad tym ubolewał. Kochał przyrodę i zwierzęta. Kiedy dorosłam, pomyślałam, że gdybym była malarką, namalowałabym obraz w stylu Chagalla. Idzie dziadek, a za nim pies, kot, kogut, koń i ptaki. Zwierzęta lgnęły do niego, jakby miał czarodziejską moc. W dawnych czasach na targ w Jędrzejowie przyjeżdżali chłopi wozami zaprzężonymi w konie. Bałam się ich, bo były ogromne, a dziadek je kochał i potrafił z nimi rozmawiać. Nie było konia, obok którego przeszedłby obojętnie.

– Jaki był?

Dziadek był kolejarzem, zawsze chodził w szynelu i kolejarskiej czapce. On – postawny mężczyzna z wąsem, bardzo przystojny, ja – malutka dziewczynka. Trzymając się za ręce, łaziliśmy po różnych łąkach, gdzie zbieraliśmy zioła dla babci: macierzankę, szałwię, fiołek, rutę, bo „dobra na nerki”, stokrotkę, bo „czyści krew”, i dziurawca, bo „leczy wszystko”. Nad stawem słuchaliśmy żab. Dziadek ścinał dla mnie pałki tataraku, których nie wolno było przynieść do domu, bo zdaniem babci „przynosiły nieszczęście”. Dziadek był odmiennego zdania, uważał, że chronią, szczególnie przed duchami, więc trzymaliśmy je w sekrecie za kredensem w kuchni. Nam przynosiły szczęście, a babcia o niczym nie wiedziała (śmiech). Wszyscy byliśmy zadowoleni. Babcia była dosyć pragmatyczna, nie wierzyła w magię. Z dziadkiem dobrali się na zasadzie totalnego przeciwieństwa. I na tych łąkach dziadek opowiadał mi legendy i baśnie, które przywiózł z Podlasia. O Żar-Ptaku, żywej wodzie czy jabłoni, która rodzi złote jabłka. Dziadek hodował gołębie, opowiadał, jak żyje gołębia rodzina. Wyszłam z dzieciństwa z wiarą w wyobraźnię i magię. Wyposażona w wiedzę, że strzygom wystarczy nasypać ziaren maku, żeby zapomniały szkodzić ludziom. Potem dojrzewałam do tego „dziedzictwa” przez wiele lat.

– Dlaczego?

Trochę wstydziłam się swoich zainteresowań. Jako dziecko wierzyłam, że ten świat nadprzyrodzony istnieje. Gdy dziadka zabrakło, zaczęłam dorastać i oglądać świat z racjonalnej perspektywy. Wydawało mi się, że ta baśniowa to zabobony. Dziadek całe życie pożerał książki, był niesamowicie oczytany. Nie potrafił zasnąć bez czytania. Posługiwał się piękną polszczyzną. Odziedziczyłam po nim tę pasję. Po maturze pojechałam do Krakowa i skończyłam polonistykę na UJ-ocie. Postanowiłam studiować literaturę na poważnie i chciałam być traktowana na poważnie. Rozważałam nawet karierę naukową. Baśnie i magię wyparłam ze świadomości. Zresztą studia w Krakowie polecam wszystkim, myślę, że to był jeden z najpiękniejszych czasów w moim życiu. Z Krakowa przeprowadziłam się do Warszawy. Pamiętam moje pierwsze mieszkanie na Ursynowie – wszyscy zaglądaliśmy sobie w okna. Znowu poczułam, że nie mogę oddychać. Tęskniłam za przyrodą, za przestrzenią, ale myślałam: No cóż, tak teraz wygląda świat. Muszę być nowoczesna. Tęsknotę uśmierzałam, zakładając na balkonie mały ogródek pełen kwiatów i ziół, a jednocześnie cały czas zajmowałam się literaturą na poważnie.

– Przypomnę, że jesteś redaktor naczelną Wydawnictwa Świat Książki. Co było punktem zwrotnym?

Zawsze miałam podwójną naturę: poważną i magiczną. W pewnym momencie poszłam na kursy zielarskie, bo cały czas czułam deficyt przyrody. Wykłady były świetne, poznałam cudowne dziewczyny i odkryłam, że kompletnie mnie nie interesuje lecznicze zastosowanie roślin. Zrozumiałam, że pociąga mnie ich magiczna strona. To był punkt zwrotny. Stwierdziłam, że nie będę walczyć ze swoimi zainteresowaniami. Zaprzyjaźniona pisarka powiedziała, że dokonałam coming outu, pisząc „Słowiańskie boginie ziół” (śmiech).

Joanna Laprus, VIVA! 16/2025
Joanna Laprus, VIVA! 16/2025 Bartek Wieczorek

– Celne!

Dziewczyny w wydawnictwie żartowały: „Zawsze podejrzewałyśmy, że jesteś trochę wiedźmą. I wreszcie się przyznałaś”. Pamiętam, jak na warsztatach zielarskich podeszła do mnie jedna z dziewczyn i zapytała: „A ty jesteś wiedźmą?”. Zaskoczona odpowiedziałam: „Co ty opowiadasz?! Jaką wiedźmą? Czy ja wyglądam jak wiedźma? Po prostu interesuję się roślinami i tyle”. Posiedziała chwilę obok mnie, w końcu mówi: „Wiesz co, mnie możesz oszukać, ale siebie nie oszukasz”.

– Jesteś wiedźmą?

(Śmiech). Nie robię rytuałów o północy, nie rysuję pentagramu, nie stawiam świeczek, ale… tak. Jestem wiedźmą. Czyli osobą, która wie. Kobietą, która wie.

– W książce piszesz: „Na początku były trzy. Trzy boginie. Ta, która stwarza. Ta, która nagradza. I ta, która przemienia. Dziewanna, Mokosz, Marzanna. Którą lubisz najbardziej?

Dziewannę. Uwielbiam ją. Ma najbardziej do mnie podobny charakter. Przychodzi wtedy, kiedy ja się urodziłam, więc na wiosnę. Budzi ziemię po zimie, nosi w sobie światło. Posiada moc stwarzania, więc ma niesamowitą energię, kawał z niej cholery i to mi się bardzo podoba. Pociąga mnie kobieca część jej natury, mianowicie to, że potrafi być mściwa, okrutna oraz zazdrosna. Jest prawdziwą kobietą. Zadziorną. Kiedyś wierzono, że gdy ktoś nagle umarł, to Dziewanna do niego strzeliła z łuku i go zabiła. Ale to znaczy, że ta osoba musiała jej w jakiś sposób uchybić, obrazić. Poza tym Dziewanna jest królową wiedźm, czarownic i rusałek. Boginią, która może żyć bez faceta.

Czytaj też: Agata Młynarska od lat żyje z chorobą. Teraz wyznaje, czego w najgorszym momencie nie mogła przez nią robić

– Pierwsza feministka!

Nie jest powiedziane, że Dziewanna nie lubi mężczyzn i nie może być w związku, ale nie potrzebuje męskiej energii, męskiego wsparcia, żeby coś stworzyć. Nie musi być poślubiona, żeby być szczęśliwa i spełniona. Dziewczyny, które redagowały „Słowiańskie boginie…”, mówiły: „Jezu, Dziewanna to cała ty! Szybko się denerwujesz, łatwo się zapalasz, szybko ci przechodzi” (śmiech). Rzeczywiście, mam w sobie bardzo dużo ekspresji, a jednocześnie dobre serce. Gdy coś mi nie pasuje, jestem w stanie to wyartykułować. Niczego w sobie nie duszę. Nie mam takiej empatii jak bogini Mokosz, która jest bardzo opiekuńcza. Żartuję, że mój rozwój emocjonalny skończył się na Dziewannie.

– Powiedziałaś mi przez telefon, że kobieca energia ma różne oblicza.

Potrafi być nieposkromiona jak Dziewanna, czuła jak Mokosz oraz mroczna jak Marzanna. Archetypy kobiecości nosimy w sobie. Czasami jest nam bliżej do jednego, a dalej do drugiego. Marzanna, którą część z nas kojarzy z dzieciństwa na wsi albo opowieści babci, jest panią śmierci i zimy. Archetyp świętej wiedźmy, najmądrzejszej staruchy, która wszystko już przeżyła, wszystko wie i potrafi interpretować sny. Ona wie, o co chodzi. Wie, na czym polega życie. Przeszła już te wszystkie etapy, które my, jako kobiety, przechodzimy. Pomaga zmierzyć się z demonami, które nosimy w sobie. W folklorze robiło się kukłę Marzanny z gałganków czy ze słomy, ubierało w różne ciuchy, czasami nawet suknię panny młodej, obnoszono ze śpiewem po wioskach, by ją potem podpalić i wrzucić do wody. Był to rytuał symbolicznego pożegnania zimy, który przynosił oczyszczenie i odnowę, otwierając przestrzeń dla nowego początku. W każdej chacie kobiety musiały wysprzątać wszystkie kąty, bo – jak mówiono – „zło i zima lubią się schować w kątach”.

– Piękne. Co najbardziej pociąga Cię w ludowej magii?

Bliskość z naturą. Magia ludowa chroniła, wspierała, leczyła. Oswajała nieznaną, czyli niebezpieczną przestrzeń, łagodziła strach. Porządkowała chaos, nadawała sens i znaczenie życiu. Nasi przodkowie poprzez specjalne rytuały, gesty i zaklęcia starali się rozwiązać problemy dnia codziennego: od narodzin przez choroby – wtedy wierzono, że choroby są efektem działań złych mocy – po problemy ze znalezieniem męża czy próby okiełznania zjawisk atmosferycznych. Wierzyli na przykład, że dziurawiec leczy aż 99 chorób. Na ból żołądka pito zwykle na czczo nalewkę z dziurawca na wódce. W odwarze z dziurawca kąpano dzieci, żeby dobrze się chowały i szybko rosły. Chronił przed piorunami i burzą, duchami i wszelkim złem. Nawet przed zarazą. Podczas cholery pito wódkę z liśćmi dziurawca, a ludzi, którzy mieli kontakt z wirem powietrznym, okadzano. Okadzano również osoby, które uważano za opętane.

– Co jeszcze przetrwało z przeszłości?

Mnóstwo prastarych obrzędów weszło do naszej kultury bądź zostało w jakiś sposób zmodyfikowanych. Kojarzone dzisiaj z Matką Bożą dożynki to pogańskie Święto Plonów. Obchodzono je w czasie równonocy jesiennej i było poświęcone bóstwom wegetacyjnym: Mokoszy, Welesowi, Światowitowi. Dożynkowy wieniec pochodzi właśnie z tamtych czasów. Genezą Zaduszek były dziady – święto poświęcone duszom zmarłych przodków. Pierwotnie na cmentarzach palono ogniska, by dusze mogły się ogrzać, i organizowano rytualne biesiady, by mogły się posilić. Nasi pradziadowie wierzyli, że trzeba mieć z przodkami dobrą relację, żeby nam błogosławili. Z czasem uczty przeniesiono do domu, a ich echo odnajdujemy w wigilii. Sianko było symbolem obfitości składanym w formie ofiary bóstwom płodności: Marzannie i Welesowi. A mak – symbolicznym łącznikiem ze światami. Wierzono, że jego właściwości usypiająco-halucynogenne pozwalają przechodzić do zaświatów. Orzechy spełniały podobną funkcję. Karmiliśmy przodków potrawami z makiem i z orzechami.

– Część dziedzictwa jest zapisana w naszej atawistycznej naturze.

Opowiem ci zabawną historię. Na ukochanym Podlasiu mam siedlisko, które remontuję. Przed moim domkiem rośnie czarny bez. Przychodzi majster i mówi: „Muszę go wyciąć, bo inaczej nie dostanę się na dach”. Byłam przerażona: „Ale jak to? Przecież to jest piękny, stary bez!”. „O Jezu, pani Asiu, mało tego bzu wokół? Tu ma pani bez, tam ma pani bez…”. „Panie Adamie, ale to jest czarny bez! Nie można wyciąć czarnego bzu, bo przecież nasi przodkowie chodzili do bzu i oddawali mu choroby. Jak pan go teraz wytnie, to te choroby mogą spłynąć na mnie. Na to się nie zgadzam! Chyba że chce pan te choroby zabrać ze sobą!”. Pan Adam zbaraniał. Patrzy na mnie i w końcu mówi: „Aaa… Co to, to nie! Nie, nie, nie… To wie pani co, w takim razie tylko go przytniemy. Pani się nie martwi, poradzimy se…”. No i mam cudowny czarny bez pod oknem (śmiech).

Joanna Laprus, VIVA! 16/2025
Joanna Laprus, VIVA! 16/2025 Bartek Wieczorek

– Symboliczna historia.

Tęsknota za naturą i chęć powrotu do źródeł sprawia, że coraz częściej wracamy do tradycji i zaczynamy się zastanawiać, co z czego wynika i dlaczego? I to jest fascynujące. W czasach, w których pędzimy z prędkością światła, atakowani z różnych stron złymi wiadomościami – wojna w Ukrainie, wojna Izraela z Iranem… – lękami, brakiem nadziei, przyroda, która trwa i żyje swoim niezmienionym cyklem, może dawać ukojenie jako coś stałego i pewnego. Po zimie zawsze przychodzi wiosna, po nocy dzień, a po burzy słońce.

– Piękne, ale żeby to docenić, musimy zwolnić, być bardziej uważni na innych. W „Boginiach słowiańskich szeptów” piszesz: „Wielka moc jest ukryta w słowach. Odpowiednio dobrane mogą odwrócić to, co złe, i przywrócić to, co dobre. Uleczyć, uzdrowić, przegnać burzę z pola (…). Przywołać miłość i urodę. Mogą też zaszkodzić. Zaklęcia, zamowy, szepty, spiski, modlitwy. Magia słowa ma sprawczą moc zmieniania rzeczywistości”. Twoje ukochane zaklęcie?

Bądź zdrowa jak woda, bogata jak ziemia.

Reklama
Reklama
Reklama