Bracia z zespołu Pectus ujawnili tajemnice z dzieciństwa. Ich historia porusza do głębi
Śpiewają razem od ponad 20 lat. Kto nie zna braci Szczepaników z zespołu Pectus i takich przebojów jak „Barcelona”, czy „Jeden moment”? Są jedynym w Polsce braterskim zespołem. Czterej mężczyźni… Jak tu się dogadać? Przypominamy wywiad, który ukazał się na łamach magazyu VIVA! Men w 2024 roku.

Spotykamy się pod Warszawą, w Łomiankach, w stadninie koni Liderówka. Wokół bezkresne pola, Wisła tuż za plecami. Latem – bajka. Jesienią trzeba rozpalić w kominku ogień, by pozbyć się chłodu. Na nasze spotkanie nikt się nie spóźnia. Zanim rozpoczniemy rozmowę, trzeba jednak napisać parę słów o Pectusie, choć zespół ma dzisiaj ogromną popularność. Pierwszym z braci, który zrobił karierę na profesjonalnej scenie muzycznej, był Tomasz Szczepanik. W 2008 roku piosenka „To, co chciałbym Ci dać”, śpiewana przez przez niego na festiwalu w Sopocie, zdobyła Słowika Publiczności. Projekt stworzenia braterskiej grupy narodził się w 2011 roku. Wcześniej grupa Pectus pod wodzą Tomasza Szczepanika grała w innym składzie. Decyzja nie była łatwa dla nikogo. Tomasz Szczepanik wiedział, że bracia są zdolni, ale zdawał też sobie sprawę, że nie mieli doświadczenia na profesjonalnej scenie muzycznej. Z kolei każdy z braci miał własną drogę i pracę, z której niełatwo było rezygnować. Nikt nie był pewien, czy ten projekt się powiedzie. Gdy postanowili, że będą grać razem, długo się do tego przygotowywali. Niemal rok razem mieszkali, ćwiczyli, grali. Wybrali nazwę Pectus, bo kojarzy im się z siłą woli, hartem ducha. Im go nie brakowało. Ich pierwszy wielki przebój „Barcelona” wyniósł ich na szczyty popularności. To był 2012 rok, od tej pory grają razem. Grupę Pectus tworzą: Tomasz Szczepanik (ur. 1981), lider zespołu, wokalista, kompozytor, autor tekstów. To on zaprosił braci do zespołu i nikt tego dzisiaj nie żałuje. Jest mężem Moniki Paprockiej, ojcem synka Stasia. Mateusz Szczepanik (ur. 1986), basista, brat bliźniak Marka, a także mąż Magdy i ojciec Antosia. Marek Szczepanik (ur. 1986), perkusista. Razem z bratem bliźniakiem pracował w Stanach Zjednoczonych, żeby zarobić na supersprzęt dla zespołu, czyli bas i perkusję. Jest ojcem ukochanej córki Laury. Ostatni z braci w zespole to Maciej Szczepanik (ur. 1988), gitarzysta. Wielbiciel gór, przede wszystkim Tatr i Alp, po których często wędruje. Cała czwórka studiowała w Instytucie Muzyki na Uniwersytecie w Rzeszowie. Jesteśmy w komplecie, zaczynamy!

Bracia Szczepanik. Z jednego domu na wielkie sceny
Agnieszka Dajbor: Ja jedynaczka, Wy czterej bracia, razem się wychowaliście. Co straciłam?
Tomasz: Z perspektywy moich 43 lat przeżytych jako najstarszy z braci mogę powiedzieć, że ta nasza wspólnota braterska to największa siła oraz nasze największe zwycięstwo na różnych poziomach: muzycznym, ludzkim, rodzinnym.
Tyle lat jesteście na jednej scenie, gracie razem. Wasza mama podobno płacze ze wzruszenia, jak Was widzi na koncertach?
Tomasz: Bogusia często się wzrusza, kiedy nas ogląda na scenie, ale gdy wpadamy na gołąbki, jej reakcja jest podobna. Wspomina, że łatwo z nami nie miała (śmiech). To, że gramy razem, jest naszym największym szczęściem, poza tym nie ma drugiego takiego zespołu w Polsce.
Wychowaliście się w małej wsi w powiecie tarnowskim, w pokoju z kuchnią, bez bieżącej wody, z wychodkiem na zewnątrz. Czego uczy ten jeden pokój? Kompromisów czy wyrywania sobie, co się da?
Mateusz: Na pewno uczy dyscypliny. Wsparcie daje siłę do przetrwania. My zawsze staliśmy za sobą, kiedy dochodziło do jakichś młodzieńczych bójek czy konfliktów. W domu Tomek rządził jako najstarszy. Mieliśmy swoje odloty, wybryki i inne podejście do niektórych tematów, bo byliśmy dużo młodsi, ale wiedzieliśmy, że kiedy najstarszy brat coś powie, to musimy go słuchać (śmiech).
Byłeś liderem od zawsze?
Tomasz: Byłem najstarszym bratem. Mama ciężko pracowała. Wychodziła do pracy do piekarni o 17, bo od 18 zaczynała nocną zmianę. Oddawała młodzież w moje ręce. Jestem pięć lat starszy od bliźniaków Marka i Mateusza, a siedem od Maćka. Oczywiście były momenty, kiedy miałem ich dość. Opieka nad nimi to była jednak moja odpowiedzialność pierworodnego.
Mama, zapracowana, miała czas dla każdego syna?
Marek: Mama zawsze czuła i wiedziała, co się z nami dzieje, nawet jak była w pracy. Niczego się przed nią nie dało ukryć.
Maciej: U nas w domu zawsze była dyscyplina, mama przytulała, ale kiedy dawaliśmy w kość, potrafiła mieć twardą rękę. Naprawdę twardą. Wychować czwórkę urwisów w pokoju z kuchnią, budując dom, to nie jest łatwe. A jak już przyjeżdżał tato, to chodziliśmy jak w zegarku. Sprawy domowe, sprzątanie, porządki w ogrodzie, gotowanie, prasowanie i wszystkie zadania polowe, czyli żniwa, sianokosy, sadzenie i zbieranie ziemniaków czy kapusty, nie są nam obce.
Dobrze zgrana rodzinna wspólnota.
Tomasz: Panowały niesamowity porządek i dyscyplina. Kiedy Maciej marudził nad owsianką, wystarczyło, że tata nad nim stanął. Można było zjeść albo być głodnym (śmiech). Dom sprzątaliśmy dwukrotnie, zawsze. Bo jak tata wracał na weekendy do domu, to była cała ceremonia! Staliśmy stęsknieni w drzwiach, szczęśliwi, bo w sobotę zawsze robił rosół i placki ziemniaczane, lepsze niż mama. Zawsze przywoził nam jakieś prezenty, np. miętówki czy austriacką czekoladę. Kiedyś zrobił nam wyjątkową niespodziankę i przywiózł szczeniaka! Nazwaliśmy go Dino!
Tata był dla Was autorytetem?
Tomasz: Ze wszystkimi swoimi wadami, które ma (lubi sobie czasem pomarudzić), jest dla nas absolutnym autorytetem.
Dlaczego?
Tomasz: Bo nas wszystkich kocha. Zrezygnował z kariery piłkarskiej, żeby pojechać na Zachód za chlebem. Z mamą budowali dom i chcieli nas wykształcić.

Rodzina, dyscyplina i wspomnienia z dzieciństwa
Jak dzisiaj wspominacie tę dyscyplinę z dzieciństwa? Jako opresję?
Tomasz: Dzisiaj pomaga nam w życiu zawodowym. W naszej sali prób, gdzie spędzamy dużo czasu, każdy kabel ma swoje miejsce. Zawsze jest porządek. W naszym rodzinnym domu nie było wielu rzeczy, ale mieliśmy swoje zasady. Nigdy np. się nie spóźniamy. Tego wymaga szacunek dla czasu drugiego człowieka, uczyliśmy się tego od dziecka. Ja sobie nie wyobrażam, żeby ktoś z nas się spóźnił na próbę, na koncert czy na wywiad. Jak przyjeżdżamy na jakiś festiwal, wszyscy wiedzą, że bracia Szczepanikowie zjawią się punktualnie i będą przygotowani. Mamy też zawsze szacunek dla każdej osoby, która jest częścią danego koncertu czy wydarzenia. To naturalne.
Wasz ojciec, murarz, często wyjeżdżał, pracował na różnych budowach, w Polsce, Niemczech. Dzisiaj dużo mówi się o wychowaniu bez ojców, o tym, że chłopców wychowują kobiety – matki, siostry, ciotki. Brakowało Wam męskiego wzorca?
Maciej: Kiedy ma się trzech braci, to ten wzorzec tak czy inaczej istnieje. Zawsze jako najmłodszy miałem obok trzech facetów, na których mogłem liczyć. Myślę, że to też była spójna i wspólna wartość, która jeszcze bardziej nas zjednoczyła. Brakowało nam ojca, ale mieliśmy oparcie w sobie. Poza tym wiedzieliśmy, że tata robi wszystko, by zapewnić nam jak najlepsze warunki. Kiedy byłem w liceum, a bracia już na studiach, rodzice wyjechali do Chicago, by tam zarobić na naszą edukację, na życie. Miałem 16 lat, kiedy zostałem sam w domu, a to były czasy nauki do matury. Dla mnie to była lekcja życia, chociaż przyznaję, że trochę wtedy się wyszumiałem (śmiech).
Mateusz: Tata wybrał mnie do nauki męskich umiejętności. Rąbaliśmy drewno, opowiadał o ogrodzie, mówił, jak przycinać drzewa. Nauczył mnie nawet, jak oprawić kurę, mieliśmy małe gospodarstwo. Dzięki niemu potrafię naprawić w domu wiele rzeczy, pomalować ściany itd. Fajne momenty spędzaliśmy w lesie, gdzie wszyscy chodziliśmy z tatą na grzyby. Lubimy je zbierać i jeść oczywiście, szczególnie kanie!
„Ciężkowianka Ciężkowice! Tu są wasi wierni kibice!”. Dzisiaj też gracie mecze?
Maciej: Pewnie! Zdarza się, że jesteśmy w przeciwnych drużynach, znając nasze temperamenty, są duże emocje. Nasze dzieci grają razem z nami, organizujemy mecze charytatywne. Mamy własną drużynę Pectus Football Team, w której występujemy razem z byłymi reprezentantami Polski w piłce nożnej. We wtorki i czwartki wieczorami na pierwszym miejscu jest piłka, treningi, boisko.
Pochodzicie z małej miejscowości, czuliście, że jesteście z prowincji? Czy to ma dzisiaj znaczenie w show-biznesie?
Tomasz: Ma, ale dzisiaj raczej dobrze nam się kojarzy. Prowincja to nasze korzenie, inny świat, przyroda, wakacje pełne przygód, domki na drzewach, narty w zimie, pierwsze pocałunki. My nigdy się z Bogoniowic koło Ciężkowic nie wyprowadziliśmy. Nie wstydzimy się tego, bo niby dlaczego mielibyśmy. To nasza historia. Czuję też, że to nasza mała misja, dawać ludziom przykład, że niezależnie od tego, gdzie się mieszka, można spełniać marzenia.
Nawet jak karierę muzyczną zaczyna się od gry na gitarze zrobionej przez sąsiada?
Tomasz: Sąsiad Janek był stolarzem, nie muzykiem. A ta gitara to był symbol jego wsparcia, bo rzeczywiście zauważył, że ciągle podśpiewuję, nosząc koniom siano (śmiech).
Ile o Was mówi tekst Wojciecha Młynarskiego: „Głowę noś do góry, nie daj się”, do którego napisałeś muzykę?
Tomasz: To bardzo ważny dla nas tekst. Wybierając utwory z archiwum prywatnego Wojciecha Młynarskiego, szukałem takich tekstów, w których mógłbym się odnaleźć. To jest historia o tym, żeby nie bać się realizować swoich marzeń, szukać swojego miejsca w świecie, pokonywać bariery. Szczęście jest tak bardzo blisko, jeśli tylko tego chcesz, ale szczęściu trzeba pomóc, zrobić pierwszy krok. Kto się boi zaryzykować, nic nie osiągnie.
Marek: Inaczej byśmy tu nie siedzieli.

Pectus dziś – wspólna pasja i życie prywatne
Kto do kogo dzwoni, kiedy chce pożartować? A kto, gdy chce poplotkować o rodzinie?
Tomasz: Marek najbardziej lubi rozmawiać przez telefon i robi to dwa, trzy razy dziennie. Nasze dzieci się spotykają, biorą razem lekcje pianina, a my możemy wtedy przy kawie omówić rodzinne sprawy. Jesteśmy na bieżąco. Mieszkamy w promieniu dwóch kilometrów od siebie. Dużo razem podróżujemy, gramy 80–100 koncertów rocznie i proszę mi wierzyć – dużo o sobie wiemy.
Sprawy zawodowe potrafią Was oddalać? Czy możecie się o nie posprzeczać, a potem razem usiąść jako rodzina do stołu?
Tomasz: Teraz mamy konflikt braterski. Nasz najmłodszy brat Maciej chce w kwietniu przyszłego roku wejść na sześciotysięcznik.
Jego prawo?
Tomasz: Ale to jest naprawdę wysoki szczyt, 6,5 tysiąca. Mówimy o zagrożeniu poważnymi powikłaniami, które mogą wynikać z niedotlenienia mózgu. Uważamy, że Maciek powinien być naprawdę dobrze przygotowany do tej wyprawy. I to jest kwestia zdrowotna. Kwestia braterska jest taka, że martwimy się o niego i troszczymy. Jest też kwestia ambicjonalna, bo jeżeli jesteśmy świadomymi ludźmi, to musimy wziąć pod uwagę ambicje i marzenie Maćka, który w pewnym momencie swojego życia chce wyjść w wysokie góry. Poza tym w przyszłym roku mamy 20-lecie zespołu, więc jest też sprawa zawodowych zobowiązań.
Maciej: Może zagłosujemy?
Tomasz: Przed nami trudna rozmowa. Może będziemy musieli zatrudnić innego muzyka na czas wiosennych koncertów. Zaraz to sobie wyjaśnimy.
Bracia to twardziele czy raczej, jak to się mówi, jesteście otwarci komunikacyjnie? Wstydzicie się wyznań, czułości? Ojciec mówił: „Kocham was”?
Tomasz: Tata dopiero niedawno zaczął się w ogóle się do nas przytulać! Otwartości emocjonalnej nauczyłem się dopiero jako dorosły mężczyzna w związku z Moniką. Tworzymy z moją żoną patchworkową rodzinę, która bardzo dużo mi dała i poszerzyła moją wrażliwość.
Marek: „Kocham cię” mówimy swoim dzieciom. W naszym domu może brakowało takich czułości ze strony taty, ale dziś wiemy, że również jego ojciec był dość skrytym mężczyzną. Dzisiaj córce powtarzam „kocham cię” codziennie, gdy mała idzie do szkoły. Tak naprawdę to otwarcie się na wyrażanie uczuć pojawiło się wtedy, gdy rodziły się nam dzieciaki. Kiedyś koledzy mówili: „Zobaczysz, co będziesz przeżywał, jak zostaniesz tatą”, ale my byliśmy do tego zdystansowani. Ale jak przyszedł ten moment, to nasze życie zmieniło się o 180 stopni.
Tomasz: Rozmawialiśmy przed chwilą o tym, czy brakowało nam ojca. Ja zastanowiłem się nad tym dopiero, gdy urodził się mój synek Staś. Wiedziałem, że nie chcę popełniać tego błędu, że mnie przy nim nie będzie w kluczowych życiowych momentach, takich jak święta, urodziny, ważna akademia szkolna czy nauka jazdy na rowerze. Dzisiaj świat jest internetowy, dużo dzieje się w sieci, w telefonie, również relacje międzyludzkie. Ludzie, którzy się urodzili po 2000 roku, zupełnie inaczej odczuwają rzeczywistość niż my, urodzeni w latach 80. Młodzi ludzie już dziś odczuwają negatywne skutki życia w sieci, gdzie, jak pokazują badania, 25 proc. z nich leczy się na depresję.
Mówi się dzisiaj sporo o kryzysie męskości. Macie kłopot ze swoją rolą w związku?
Tomasz: Nasz związek z Moniką jest partnerski. Dużo jej zawdzięczam, bo jako menedżerka pomogła nam wydobyć się z szufladki „rzeszowskiego zespołu”. Wiem też, że są takie chwile, kiedy kobieta oczekuje od mężczyzny twardej decyzji. Gdy trzeba ją podjąć, biorę za to odpowiedzialność. Za wszystko, co robię. Kobiety jednak szerzej widzą świat, mają inną wrażliwość, dlatego musimy się uzupełniać.
Marek: Kiedy poznałem moją kobietę, zrozumiałem, że warto rozmawiać i rozwijać się w związku. Nie stawiać granic, ale się uzupełniać. Tak jak my to robimy w naszej braterskiej grupie. Mateusz jest bardziej techniczny, Maciek zajmuje się logistyką, ja jestem inicjatorem, a Tomek bardziej „na spokojnie”. Razem tworzymy coś fajnego.
Tomasz, razem z żoną Moniką kupiliście dom na Teneryfie. To Wasz azyl czy wszyscy razem spędzacie tam wakacje?
Mateusz: Właśnie wybieramy się na wspólny wyjazd, wszyscy czujemy się tam jak w domu. Ciepła Teneryfa, piękne plaże, pyszne jedzenie, ocean. A przede wszystkim uśmiechnięci ludzie.
Macie siebie czasem dosyć?
Tomasz: Każdy ma swoją przestrzeń, ja też lubię się czasem schować i patrzeć na świat z dystansu. Kiedyś Martin Luther King powiedział, żebyśmy wszyscy nauczyli się żyć jak bracia, bo inaczej zginiemy razem jak szaleńcy. Przepiękne przesłanie. I ja bym się tego trzymał. Żebyśmy uczyli się żyć jak bracia.
