Reklama

Fragment książki "Michaś. Wywiad rzeka z Michałem Urbaniakiem" wydawnictwa Marginesy.

[...]

Słowo „kocham” — co dla ciebie oznacza?

Oznacza dosłownie wszystko — że wszystko jestem w stanie dać osobie, którą kocham. Nie nadużywam tego słowa, to znaczy też, że nie jestem kochliwy. Poza moimi żonami nie miałem kochanek czy kobiet na boku (poza Lilianą, ale ona stała się potem moją żoną), a to w świecie artystów i muzyków nie jest wcale oczywiste. Gitarzysta Larry Coryell potrafił w ciągu jednego koncertu wydymać trzy dupy. Był niesamowity. Nie potrafiłbym tak. Ale jednej kobiecie zdecydowanie za mało mówiłem, że ją kocham — właśnie mojej mamie. W dniu, w którym urodziła się Kasia, zacząłem beczeć i zrozumiałem nagle, jak bardzo kocham własną matkę. Zadzwoniłem do niej do Łodzi, płakałem przez słuchawkę i mówiłem, jak bardzo ją kocham!

A pamiętasz swoją pierwszą miłość?

Byliśmy gówniarzami. Ona miała trzynaście lat i była córką lekarza. Ja miałem wówczas piętnaście lat. Jak się z czasem okazało, musiała odgrywać utratę dziewictwa.

Miałeś cztery żony.

Właściwie to na czwartej się zatrzymałem i nie zamierzam niczego zmieniać. Dorota jest wspaniałym człowiekiem i wiele jej zawdzięczam. Uratowała mi na przykład kiedyś życie. Zadławiłem się czymś i zacząłem się dusić. Nie mogłem złapać oddechu i zdałem sobie sprawę, że mogę z tego nie wyjść żywy. Dośka fachowo zastosowała chwyt Heimlicha. I to mnie uratowało. Zresztą każda żona jest dla mnie tak samo ważna. Każda żona jest moim przyjacielem, ale nie każdy jest w stanie to zrozumieć.

W połowie lat dziewięćdziesiątych udzielałem wywiadu do „Playboya”. Przeprowadzała go w miarę inteligentna kobieta, przynajmniej tak mi się wydawało. Na jakieś pytanie odparłem, że kocha się tylko raz. Pani nie mogła tego pojąć, przecież miałem kilka żon. Odpowiedziałem, że tak, ale to jest ta sama miłość. Nie zrozumiała tego i wywiad się nie ukazał.

Szwajcaria, początek lat siedemdziesiątych. Przed emigracją do USA
Szwajcaria, początek lat siedemdziesiątych. Przed emigracją do USA fot. Archiwum prywatne/Fundacja Urbaniak.Com

Na początku była Ula.

Jako piętnastolatek planowałem, że jeżeli w moim życiu pojawią się kobiety, to musi to być albo śpiewaczka, albo menedżerka, bo muzyka była dla mnie priorytetem. Oczywiście zdarzały się fascynacje piosenkarkami czy jazzfankami, aż w końcu spotkałem Ulę i usłyszałem jej dziewczęcy głos w czasie występu z Trio Krzysztofa Komedy w Piwnicy pod Hybrydami. To mnie naprawdę zafascynowało! Działo się to na początku lat sześćdziesiątych.

Byłem już po pierwszych sukcesach — pierwszej płycie Holiday Moods nagranej z The Jazz Rockers w 1961 roku. Za mną były koncerty z The Wreckers z Trzaskowskim w Belgii, we Włoszech, w Jugosławii i USA. Uczestniczyłem też w nagraniach kolegów, chociażby Marka Tarnowskiego, który śpiewał wtedy jazz z Fryderyką Elkaną i Urszulą Dudziak. Imponowała mi jako wokalistka, wtedy śpiewała jeszcze piosenki z tekstem, miała przeboje takie jak Pójdę wszędzie z tobą czy Nie jest źle Komedy. Pokazywała się na festiwalu w Opolu, na którym i ja grywałem jako muzyk na saksofonie, towarzysząc na scenie Wojtkowi Młynarskiemu.

Zawsze byłem skrępowany, nie byłem tak szybki i bystry w podrywaniu dziewczyn jak koledzy! Miałem podejście romantyka. Casanovą nigdy nie byłem i nie jestem do dzisiaj! W 1963 roku zacząłem grać z Krzysztofem Komedą w jego zespole obok Tomasza Stańki, Macieja Suzina, Czesława Bartkowskiego. W tym okresie do zespołu Komedy dołączał czasem perkusista Leszek Dudziak, brat Uli. I chociaż od samego początku był przeciwny tej relacji, z czasem staliśmy się zgodną rodziną.

Rok później zaprosiłem Ulę na moje miesięczne granie w klubie Montmartre w Hadze razem z Quintetem Komedy i Tomkiem Stańką. No i tam uczucia popłynęły znacznie dalej. Zakochaliśmy się w sobie.

W 1967 roku wzięliście ślub i byliście małżeństwem przez dwadzieścia lat.

Z Ulą pobraliśmy się w grudniu 1967 roku w Oslo. Świadkami byli Andrzej Dąbrowski i Wojciech Karolak. Zrobiliśmy to bez wielkiej pompy. Nie spodobało się to mojej mamie, bo o tym po prostu nie wiedziała. A kiedy się dowiedziała, to jak mówiła, chciała popełnić samobójstwo. Nie była wtedy zwolenniczką ani mojej żeniaczki, ani związku z Ulą. Ale potem ją polubiła.

Przeżyliśmy razem wiele pięknych chwil. Pamiętam, jak ważnym dla nas momentem było zaproszenie na kolację do nowojorskiego domu Willisa Conovera, ojca chrzestnego jazzu w Polsce, który nas i tysiące innych osób w latach pięćdziesiątych wyedukował i otworzył na świat. Potem spotykaliśmy go wielokrotnie podczas przeróżnych festiwali na całym świecie — bardzo doceniał nasz sukces w Ameryce.

Kolację przygotowała jego żona Shirley, a oprócz nas gośćmi byli wybitny Gil Evans i jego żona Anita Powell. Conover chwalił płytę Newborn Light Uli i Adama Makowicza, którą wyprodukowałem jeszcze w Szwajcarii, przed wylotem do Nowego Jorku. Płyta ta otrzymała świetne recenzje i maksymalną ocenę w magazynie DownBeat. A pod koniec uroczystej kolacji Conover, człowiek, którego jeszcze parę lat wcześniej słuchaliśmy w Polsce przyklejeni do radioodbiorników, powiedział nam, że zaprezentuje ten album i świeżo nagraną Atmę w najbliższym wydaniu audycji Jazz Hour w The Voice of America. Działa się historia.

Łączyły was i muzyka, i tenis.

W tym czasie pomieszkiwał u nas Wojtek Fibak, wówczas początkujący w światowym tenisie. Rano Ula robiła śniadanie, a my z Wojtkiem w sypialni odbijaliśmy piłeczkę o ścianę. Woziłem go na wszystkie turnieje i wiele się nauczyłem. Tenis stał się moją pasją. Potrafiłem wstawać o szóstej rano, jechać za miasto i ćwiczyć nowy serw albo uderzenie. Później często bywałem u Wojtka na kortach w Greenwich i grałem w jego turniejach na tym samym korcie, na którym grali Robert De Niro, Ivan Lendl czy Björn Borg.

Dzisiaj w mediach uchodzicie z Ulą za wzór do naśladowania.

Dawniej małżeństwo i wspólne sukcesy, dziś kumple. Trudno było zapomnieć o tym, co było, i przejść na relację przyjacielską?
Nie lubię rozpamiętywać, przekreślać ludzi, ale też wiedziałem, że Ula potrzebuje czasu, żeby po mojej zdradzie spojrzeć na mnie inaczej. Wszystko zmieniło się między nami, kiedy poznała Jerzego Kosińskiego, a ja byłem wtedy z Lilianą. Spotykałem się z byłą żoną w barze i jako przyjaciele omawialiśmy sprawy związane z córkami i plotkowaliśmy przy kawie, zwierzając się z naszych problemów sercowych. Do dziś, pomimo czwartego małżeństwa, staram się utrzymywać z Ulą dobre stosunki.

Wiele lat temu na urodziny Miki zrobiliśmy piżamowe party, które trwało trzy dni. Byłem ja z Dosią, Ula z partnerem, moje dorosłe córki i pies. Rozłożyliśmy materace na podłodze, wylegiwaliśmy się, oglądając film za filmem.

Znając twoją słabość do Audrey Hepburn…

Nie pamiętam, co wtedy w piżamach oglądaliśmy, ale zawsze chętnie obejrzę My Fair Lady i Śniadanie u Tiffany’ego z Audrey. A na deser Gildę z Ritą Hayworth. W latach mojej młodości Rita uchodziła za niezłą skandalistkę; to właśnie w tym filmie, w satynowej czarnej sukni, wykonuje finałowy numer muzyczny, zmysłowo tańcząc i zdejmując z rąk długie rękawiczki. Co ona robiła z naszą nastoletnią wyobraźnią!

Jakim byłeś ojcem?

Kiedy urodziła się Kasia, to zwariowałem. Choć nigdy wcześniej nie czułem połączenia z dziećmi — to nie był mój świat. Jedynym dzieckiem, które nosiłem na rękach, był maleńki Rafał Trzaskowski, syn Andrzeja. A tu nagle mały człowiek wywrócił wszystko do góry nogami. Nie interesowało mnie nic innego, tylko ona.

Najlepszym ojcem byłem, gdy dziewczynki były małe, a ja spędzałem z nimi czas w domu. Wstawałem do nich w nocy, z radością zmieniałem pieluchy i kiedy trzeba było — karmiłem łyżeczką. Mika miała trzy lata, Kasia pięć, uwielbiałem opowiadać im improwizowane bajki przed snem. Kiedyś opowiadałem Kasi bajkę o królowej, to była bajka w odcinkach — każdego wieczoru kolejna część. Na moje nieszczęście raz zapomniałem, co mówiłem dzień wcześniej, i Kasia czujnie wyłapała, że przecież królowa opuściła zamek wczoraj, więc jak to możliwe, że wciąż w nim jest…

Jak dziewczynki przychodziły do mnie z konkretnym pytaniem, zawsze dostawały odpowiedź. Starałem się być prawdomówny i opowiadać o świecie takim, jaki jest — może czasem zbyt brutalnie, traktując je zbyt dorosło. Tak było, kiedy dwunastoletnia Mika przyszła do mnie i fantastycznie zaśpiewała. Pochwaliłem ją, ale po chwili powiedziałem stojącej obok Kasi, że też mogłaby tak swingować. Do dziś pamiętam, że ledwo wypowiedziałem te słowa, zdałem sobie sprawę, jak bardzo to było niefortunne i że mogło Kasię zablokować na parę lat. I wręcz zniechęcić do śpiewania, a śpiewała dobrze.

Dziś, kiedy rozmawiamy z Kasią, dochodzimy do wniosku, że podobnie podchodzimy do różnych spraw życiowych. Z Miką natomiast silnie łączy mnie wspólna wrażliwość i miłość do muzyki. Niedawno zdiagnozowano u niej chorobę dwubiegunową, wcześniej przez lata walczyła z uzależnieniem od alkoholu i narkotyków, które pomagały jej w walce o samoakceptację. To nie jest łatwe dla rodzica, kiedy wie, że jego dziecko ma problem bądź jest uzależnione. Wiem, o czym mówię, ponieważ sam dużo w życiu przeżyłem i wypiłem. Zawsze czuwałem na posterunku, kiedy tylko Mika pakowała się w kolejne kłopoty i trzeba było ją odbierać z drugiego końca świata. Bardzo bym chciał, żeby moje córki były szczęśliwe, spełniały się i miały obok siebie ludzi, którzy je szanują. Teraz są w dobrym miejscu — jestem z nich dumny i bardzo je kocham.

Trudno było pogodzić rolę ojca i spełnionego muzyka?

Dla mnie to zadanie było niemal niewykonalne. Wiedziałem, że żeby być w czymś na sto procent, muszę zdecydować się na jedną rolę. Pojawienie się Kasi i Miki sprawiło, że się uspokoiłem i przemyślałem mnóstwo rzeczy. Wyciszyłem swoją wiecznie pobudzoną wyobraźnię. Ich narodziny były przyspieszoną lekcją dorastania.

Początkowo odłożyłem muzykę na rzecz zmieniania pieluch — wstawałem w nocy, kiedy płakały. Przyszedł jednak czas, kiedy misja ojcowska przegrała z miłością, jaką jest jazz. Nie potrafiłem na dłużej porzucić grania, nawet jeśli sprawiało mi radość podglądanie, jak córki się rozwijają i robią pierwsze kroki. Potrzebowałem spełnienia zawodowego. Uważam, że spełniony i szczęśliwy rodzic to szczęśliwe dziecko. Niektórym udaje się połączyć role ojca i spełnionego zawodowo człowieka — mnie nie do końca się udało. A bardzo tego chciałem.

Wychowanie córek traktowałem naprawdę poważnie. Byłem ojcem wyluzowanym, dającym córkom dużo swobody. Niczego im nie narzucałem, włączając w to ich pasje artystyczne i zawodowe. Dziś żałuję, że tak wcześnie przestałem być codziennym świadkiem ich dorastania, chociaż dbałem, jak mogłem, o kontakt z nimi, o ich finanse i potrzeby.

Jakie masz najpiękniejsze wspomnienie z córkami?

Podróż do Europy w 1984 roku. Zabieram rodzinę na trasę koncertową po Europie. Na Gare du Nord w Paryżu czekamy na legendarny pociąg Orient Express, który ma nas zawieźć do Monachium. To był pierwszy przystanek na naszym tournée. Tuż przed wjazdem pociągu na stację Ula orientuje się, że zgubiła portfel z wszystkimi dokumentami i pieniędzmi, a to był czas, kiedy całą gotówkę nosiło się przy sobie — o kartach bankomatowych nikomu się jeszcze nie śniło. Poszliśmy więc na policję, żeby zgłosić kradzież. Po drodze, idąc przez dworzec, sprawdzaliśmy, czy portfel nie leży może w jakimś kącie czy śmietniku. Nie znaleźliśmy go.

Wyjazd się przesunął, zostaliśmy na noc w Paryżu, spaliśmy w niewielkim hotelu przy dworcu. Na drugi dzień poszliśmy wszyscy do ambasady — tam musiałem potwierdzić, że Ula to moja żona, a wtedy pan konsul poradził, żeby Ula wróciła do Ameryki i wyrobiła nowy paszport z wizami, które również przepadły. Nie mogliśmy sobie na to pozwolić, na drugi dzień mieliśmy grać pierwszy koncert w Monachium.

Wyjście awaryjne?

Kupiliśmy bilety na ostatni nocny Orient Express z Paryża do Monachium, cały przedział w pierwszej klasie — dokładnie trzy miejsca, dla mnie i dziewczynek. Do pociągu weszliśmy tak, żeby konduktor nie zauważył Uli, która schowała się na górnym łóżku, za leżącą Kasią. Całą podróż tłumaczyłem dziewczynkom, że gdy ktoś do nas przyjdzie, nie mogą nic powiedzieć — tak jakby mama z nami nie jechała; jej nie ma, jest w Nowym Jorku. Wreszcie dotarliśmy do granicy z Niemcami i pojawiła się kontrola, prosząc o paszporty. Zapytali mnie, ile osób ze mną podróżuje. Widziałem zdziwioną minę Miki, kiedy odparłem, że jadę tylko z córkami. Kasia jako starsza pilnowała siostry, żeby nas nie wsypała, a Ula, wstrzymując oddech i w stresie, leżała pod kocem. Nie wiem, jak to się stało, ale udało się — przejechaliśmy przez granicę. Czułem, że jesteśmy rodziną, jednością.

Z Miką podczas pracy nad muzyką do Edenu. W tle komputer Atari
Z Miką podczas pracy nad muzyką do Edenu. W tle komputer Atari fot. Archiwum prywatne/Fundacja Urbaniak.Com

Ale prędzej czy później musieliście wyjaśnić urzędnikom, jak Uli udało się przekroczyć granicę państwa bez paszportu.

Po koncercie w Monachium mieliśmy spotkanie z naszymi fanami; wiedzieliśmy, że zostały nam jeszcze dwa koncerty i będziemy musieli ruszyć dalej, a żeby to było możliwe, Ula potrzebuje paszportu — czyli musi wrócić do Nowego Jorku. Na szczęście jeden z fanów pracował na lotnisku i pomógł nam przekonać kontrolę. Przewiózł Ulę samochodem bezpośrednio do samolotu. Znowu się udało — Urszula poleciała wyrobić nowy paszport, po kilku dniach wróciła i dalej koncertowaliśmy po Europie.

Jak doszło do tego, że dopuściłeś się zdrady?

Tak naprawdę to ja czułem się zdradzony. Ula na parę miesięcy wyjechała z córkami do Szwecji. Przechodziliśmy kryzys — zostawiła mnie, żeby ode mnie odpocząć. Nie potrafiłem być sam; nie szukałem okazji, ale gryzłem się z moją samotnością. Pewnego wieczoru w 1984 roku, po dwudziestej drugiej, zadzwonił telefon. Po drugiej stronie miły dziewczęcy głos Liliany, mojej przyszłej żony. Młodziutka aktorka z Polski zadzwoniła do mnie z polecenia Janusza Głowackiego, który przekazał jej, że wyjeżdżam z rodziną na całe lato do Szwecji i nasze mieszkanie w Nowym Jorku będzie wolne, więc będzie mogła się w nim zatrzymać. Rodzina, owszem, wyjechała, ale ja zostałem. Parę godzin później spotkaliśmy się w hotelu Plaza. Dla mnie od momentu usłyszenia głosu Liliany rozpoczął się La La Land.

Miłość od pierwszego wejrzenia?

Zdębiałem — moim oczom ukazała się przepiękna, długonoga szatynka. To była miłość w zawrotnym tempie. Kiedy zakochałem się w Lilianie, zacząłem chodzić do psychologa, żeby mnie z tej miłości wyleczył. Nie chciałem zostawiać Uli i dziewczynek, ale trafiło mnie uczucie, które zawładnęło moim sercem, a jak wiadomo, moje serce nie ma rozumu. Schudłem trzydzieści kilo, zacząłem dbać o siebie…

Ula niczego się nie domyślała?

To był cyrk. Przez półtora roku cały Manhattan wiedział o moim romansie z Lilianą, połowa Nowego Jorku wiedziała, że jesteśmy parą, a Ula niczego się nie domyślała. Mężczyzna chudnie, zaczyna dbać o siebie bardziej niż kiedykolwiek, wychodzi wieczorami na samotne nocne spacery, a nawet wyjeżdża w podróż zawodową do Europy, a tak naprawdę jest w mieszkaniu z inną kobietą, dwie ulice dalej. Pamiętam, jak zadzwoniłem do Uli, że jestem już w Paryżu, a ona w słuchawce usłyszała nowojorską taksówkę — oblał mnie zimny pot, ale nic, nadal wierzyła, że jest tak, jak mówię.

Jak wpadłeś?

Podczas szkolnego występu moich córek. Pojechaliśmy tam całą rodziną. Ula chyba w jakiejś przerwie znalazła w mojej torbie kasety z nagraniami moich sesji u terapeuty, które odsłuchała. Mówiłem tam o Lilianie, o tym, że wpadłem w tę miłość po uszy.

Życie z Michałem Urbaniakiem jest trudne?

Nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi. La La Land ma to do siebie, że w pewnym momencie poezja coraz częściej zderza się z prozą. Mówię o byciu artystą, muzykiem, dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Ja myślę o muzyce i tworzę non stop — nie pracuję od ósmej do szesnastej, a to może być uciążliwe. Na pewno życie ze mną jest kolorowe, pełne przygód, podróżnicze i cygańskie. Mam taką teorię, że po siedmiu latach takiego kolorowego i radosnego życia przychodzi moment, że kobieta chce większej stabilizacji, domu…

[...]

Michas_Cover_002_1400px
mat. prasowy
Reklama
Reklama
Reklama