Gumy Donald, oranżada w woreczku i trzepak. Wracamy do dzieciństwa w PRL-u
Wyobraźmy sobie, że znajdujemy wehikuł czasu, wsiadamy i… cofamy się do przełomu lat 70. i 80. Byliśmy dzieciakami. Świat nie przypominał dzisiejszej rzeczywistości. Nie było komputerów ani komórek. Wszystko, co dzisiaj wydaje się łatwe, trzeba było zdobywać. A jednak tamte czasy miały niezwykły urok beztroskiego dzieciństwa.

Nie było smartfonów, internetu ani mediów społecznościowych, a mimo to dzieciństwo w PRL-u dla wielu pozostaje jednym z najpiękniejszych wspomnień. Lata 70. i 80. to świat trzepaków, podwórkowych zabaw, oranżady w woreczkach i dobranocek oglądanych punktualnie wieczorem. Choć codzienność była skromna, a wiele rzeczy trudno dostępnych, dzieci potrafiły cieszyć się chwilą, wolnością i wspólnym byciem razem. Dziś wracamy do tamtych czasów z nostalgią, traktując je jak kolorowe pocztówki z beztroskiego dzieciństwa.
Dzieciństwo w PRL-u
Gdybyśmy nagle znaleźli się w mieście z czasów PRL-u, to byłby prawdziwy szok! Szaro, buro, osiedla takie podobne, że trudno odróżnić jedno od drugiego. Podobne mieszkania. Standardem były meble na wysoki połysk i meblościanka, a u dzieci składany tapczan z półką na książki, oszczędzało się na nim miejsce. U rodziców stał kolorowy telewizor, wtedy jeszcze przedmiot luksusowy, dzieciaki słuchały muzyki na magnetofonie Kasprzaka albo na niemieckim Grundigu. Rodzice tracili swoje pociechy z oczu na długie godziny i wcale się tym tak bardzo nie przejmowali. Trudno w to uwierzyć, ale rodzice i dzieci nie mogli szybko się namierzyć, bo nie było przecież telefonów komórkowych. Wszyscy wiedzieli, że trzeba wrócić do domu przed zmrokiem, i tyle. Mieszkania były małe, ciasne, mamy wręcz wypędzały dzieci na dwór. Trzepak to była towarzyska instytucja, po której nie pozostał nawet ślad. Na podwórku wystawało się przy nim godzinami, to tam tworzyły się podwórkowe koterie, przeżywało się pierwsze nieśmiałe flirty. Dziewczynki grały w klasy albo w gumę, chłopcy w kapsle. Nie było Instagramu, za to dziewczynki wyklejały zeszyty zdjęciami gwiazd, a potem porównywały, kto ma lepszą Abbę, Annę Jantar, Olbrychskiego albo Teleszyńskiego – robił wrażenie jako książę Bogusław w „Potopie”, z burzą loków na głowie. Dzisiaj można obejrzeć w internecie miliony zdjęć. Przed laty wycinało się je pracowicie z gazet albo z młodzieżowej prasy w rodzaju „Na przełaj”. Ale jaka to była duma, jakim skarbem był taki zeszyt!
Zabawy były bez limitu, na wakacjach jeździło się do utraty tchu na rowerach albo biegało po łąkach i lasach, jedząc z krzaka jeżyny i dzikie maliny. Nie wiem, dlaczego nikomu wtedy do głowy nie przyszło, że krzaki mogą być obsikane przez zwierzęta i zarażone wścieklizną. Ale ten problem nie istniał.
Takie czasy
Poza strasznym kryzysem lat 80. trudno powiedzieć, żeby półki czy stragany na targach były puste. Choć nie wszystkie produkty można było kupić cały rok. Na przykład pomidory, sprowadzane w PRL-u głównie z bratniej Bułgarii, kończyły się wraz z latem. Piosenka Kabaretu Starszych Panów: „Adios pomidory, adios ulubione, słoneczka zachodzące za mój zimowy stół” była z życia wzięta. Z mięsem nie było tak źle, sprzedawano je spod lady właściwie wszędzie. Pamiętacie tę scenę z „Misia”, kiedy Maria Winiarska krzyczy: „To nie jest jakiś salon damsko-męski, to jest kiosk Ruchu. Panie, ja tu mięso mam!”? W zakładach pracy mamy zbiegały się w toalecie, gdy przychodziła „baba z cielęciną”, kolejna peerelowska instytucja, niby nielegalna, ale wyczekiwana przez wszystkich. Kobiety kupowały po kawałku mięsa, potem była z tego dla dzieci pyszna potrawka – duszona cielęcina z sosikiem koperkowym albo klopsiki. Ale gdybyśmy zasiedli do codziennego obiadu, moglibyśmy trafić na parówki w sosie pomidorowym albo mniej lubianą kaszankę z kiszoną kapustą i ziemniakami. Kaszanka to teraz przystawka, która w restauracji potrafi naprawdę słono kosztować. Wtedy była podstawą więcej niż skromnego obiadu.
Przedmioty pożądania
Nie było zagranicznych batonów ani czekolad. Toblerone kupowało się w Pewexie. A ile radości sprawiały gumy balonowe! W latach 70. pojawiła się guma balonowa Donald Bubble i Turbo Bubble o smaku brzoskwini i truskawki. Powiedzieć, że to był hit, to mało. „Donaldy” to była prawdziwa rewolucja. Każdy dzieciak chciał mieć taką gumę, z której dmuchało się całkiem spore balony. Do gum dodawane były komiksowe historyjki z bohaterami filmów Disneya. Starannie się je wygładzało i kolekcjonowało, w dziecięcym świecie miały dużą wartość i pomagały zdobyć uznanie wśród rówieśników. W Dzień Dziecka na Stadionie Dziesięciolecia (dzisiaj Narodowy) organizowane były festyny. Na murawie odbywały się masowe pokazy gimnastyki artystycznej – trochę jak dzisiaj w Korei czy Chinach.
Dzieci z trybun szybko rozbiegały się w poszukiwaniu lodów Bambino, waty cukrowej. Albo cukierków Irysów, tak zwanych mordoklejek, bo totalnie sklejały buzię. „Każdy z zemsty za irysy/ powygryzałby tygrysy/ i ze złości nie zostawił ani kęsa/gdyby tygrysy jadły irysy zamiast mięsa”, pisała Wanda Chotomska. Pragnienie gasiło się lemoniadą o niezapomnianym landrynkowym smaku – w dawnych czasach sprzedawana była w szklanych butelkach z glinianym kapslem. Potem modna stała się oranżada w woreczkach ze słomką albo w saszetkach, w proszku. Można ją było rozpuścić na języku, lekko szczypała i miała kwaskowaty posmak. Co to był za przysmak!

O, Ambrozjo!
Marzeniem każdego dziecka była Melba, lodowy deser, który kojarzył się z czymś luksusowym i wyjątkowym. W latach 70. pojawiły się koktajlbary Hortexu. To była pierwsza w Polsce sieciówka stworzona na wzór zachodni. Lokale były jasne, nowocześnie urządzone, pomalowane w kolorowe owoce. Słynnym i kultowym deserem szybko stała się Ambrozja, czyli lody z bitą śmietaną, owocami, orzechami, rodzynkami i czekoladą. Były też pyszne bloki lodowe sprzedawane na wynos. Serca polskich klientów podbijały włoskie lody Cassate czy Spumoni i mrożona kawa. Dzieciaki przepuszczały w Hortexie swoje kieszonkowe jak nałogowcy. Desery z Hortexu zajadała w jednym z odcinków „Czterdziestolatka” najbardziej znana telewizyjna mama, czyli Madzia Karwowska.
A sklepy Wedla? Wchodziło się do nich jak do zaczarowanego świata. Cukierki piętrzyły się w wielkich szklanych kielichach. Czy dzisiaj brakuje komuś Ptasiego Mleczka? Może być nam szkoda na nie pieniędzy, ale leży na półkach w wielu odmianach. Wtedy było praktycznie nie do dostania, czasem jednak „rzucali” Torcik Wedlowski. Kroiło się go w domu na cienkie kawałki i jadło z nabożeństwem przez tydzień. Rodzice parzyli sobie kawę Extra-Selekt albo Marago, mieszkanie wypełniał cudowny kawowy aromat. Zapachów i aromatów było znacznie więcej, bo częściej gotowało się w domu, na weekendy mamy piekły ciasta. Czesław Niemen śpiewał za Tuwimem „Mimozami jesień się zaczyna”, ale dla ówczesnych dzieci zaczynała się od smażenia śliwkowych powideł, przy których pomagało się mamie.
Fartuszki? Bez sensu
Wśród szkolnych gadżetów królowały plastikowe piórniki, które miały zakładki na kolorowe kredki, a jeszcze lepiej flamastry, pachnące gumki myszki, ekierkę, linijkę. Ile dawały radości, już samo przekładanie kolorowych kredek budziło dreszczyk emocji.
Kilkadziesiąt pokoleń zaczynało szkołę od „Elementarza” Mariana Falskiego, pedagoga, który doktoryzował się z psychologii czytania. To był najdłużej na świecie wydawany podręcznik – od 1910 roku do połowy lat 70., oczywiście z różnymi modyfikacjami. Zdanie „Ala ma Asa” znali wszyscy, od tej wesołej, kolorowej książki zaczynało się trudną naukę rozumienia i składania liter. Wielu ludzi miało swój pierwszy elementarz przez lata, to dzięki niemu wracali do świata dzieciństwa, sam elementarz wszedł do popkultury. W szkole przez długie lata nosiło się fartuszki. Założenie było dobre, bo chodziło o to, by dzieci biedniejsze i bogatsze były takie same i żeby nie było rewii mody. Makijaż czy pomalowane paznokcie wydawały się nie do pomyślenia, nawet w liceum czy technikum. Do fartuszków uszytych z byle jakich, ohydnie połyskliwych materiałów doczepiało się białe kołnierzyki i tarcze. Każdy czekał, żeby te nieprzewiewne fartuchy z siebie zrzucić. „Rok szkolny się już skończył/ fartuszek poszedł w kąt/ na nogach szał sezonu/ i całkiem inny front, aha” – śpiewały na koloniach peerelowskie nastolatki, rozjaśniając sobie włosy wodą utlenioną.
Kolonie to był osobny świat. Po zakończeniu roku szkolnego władze podstawiały pociągi kolonijne, niemożliwie długie składy wypełnione po brzegi wesołymi dzieciakami. Jechało się w góry, nad morze, gdzieś w Polskę, mając przed sobą perspektywę wakacji, rozmów po nocach, urywania się na dyskoteki.
A biblioteki szkolne? Można z nich było wypożyczyć nie tylko lektury szkolne, ale też młodzieżowe książkowe bestsellery. Bo wtedy jeszcze czytało się książki, to one, obok programów telewizyjnych, były główną rozrywką dla dzieci i nie tylko dla nich. „Dziewczyna i chłopak, czyli heca na 14 fajerek” Hanny Ożogowskiej, seria o Panu Samochodziku Zbigniewa Nienackiego, „Jezioro osobliwości” Krystyny Siesickiej – to tylko kilka przykładów z brzegu. Czytało się o egzotycznych wyprawach Tomka Wilmowskiego, przeżywało przygody Paragona, Mandżaro i Perełki. Dziewczyny chciały wyglądać jak Karioka z serialu „Stawiam na Tolka Banana”.
Nie było wtedy żadnych dziecięcych kanałów tematycznych w rodzaju Nickelodeona czy Disney Channel. Były dobranocki, za to jakie! „Reksio”, „Kot Filemon”, „Bolek i Lolek”. Kiedy do „Bolka i Lolka” dołączyła dziewczynka Tola, pisały o tym wszystkie gazety jak o sprawie narodowej. A kiedy pojawiły się w telewizji „Przygody Baltazara Gąbki”, dzieciaki wpadały do domu, krzycząc: „Karrramba!”. Wśród programów dziecięcych był uwielbiany „Piątek z Pankracym”, w którym Zygmunt Kęstowicz rozmawiał z lalką imitującą psa. „Już za chwileczkę, już za momencik, piątek z Pankracym zacznie się kręcić” – kto nie znał tej piosenki? Dla Zygmunta Kęstowicza występ w programie stał się życiową rolą. Wielbicieli miał też poniedziałkowy „Zwierzyniec”. Michał Sumiński, ojciec popularnej dzisiaj Doroty Sumińskiej, wprowadzał widzów w świat przyrody, opowiadał bardzo ciekawie o zwierzętach. A potem leciały amerykańskie kreskówki wytwórni Hanna-Barbera: kot Jinks czy pies Huckleberry. Były dosyć przemocowe, kot walił myszki patelnią po głowie, a one przytrzaskiwały mu ogon drzwiami. Dziś budziłyby opór, wtedy budziły śmiech. A przecież był jeszcze „Teleranek”, który zniknął nagle 13 grudnia 1981 roku, co wielu rodziców doprowadziło do odkrycia, że wprowadzony został stan wojenny.

Oazy luksusu
Do dobrego tonu należały spódniczki w szkocką kratkę spięte złotą agrafką i swetry szetlandy. Chociaż czasem okropnie drapały, każdy wiedział, że trzeba się poświęcić. Tym bardziej że szetlandy były z Pewexu, za dolary. Każdy, prędzej czy później, musiał mieć dżinsy, te prawdziwe, amerykańskie. Najlepiej marki Lee, ale mogły być też wranglery czy levi’sy. Mało kto pamięta, że dżinsy nosił Zbigniew Cybulski w „Popiele i diamencie”. I choć nie były to spodnie AK-owców, Andrzej Wajda wiedział, że tak ubrany Maciek Chełmicki trafi lepiej do młodych ludzi. Dżinsy nosił też idol zbuntowanych nastolatków lat 70. Edward Stachura. I Krystyna Janda, czyli Agnieszka z „Człowieka z marmuru”. To nie były tylko spodnie. To był symbol zachodniego świata, do którego każdy chciał należeć, a który był jak z innej planety, za granicą z drutu kolczastego.
Dla dzisiejszych dzieci Pewex nie byłby niczym nadzwyczajnym, jak Ptasie Mleczko, które leży na półkach. Kiedyś wchodziło się tam jak do krainy luksusu. Ładne rzeczy, atrakcyjnie opakowane, piękne perfumy i kosmetyki, lalki Barbie i klocki Lego rozbudzały dziecięce marzenia. Choć trzeba dodać, że lalka Barbie nie była popularna, wielu dzieciakom nie była nawet znana. W PRL-u zabawki były akurat ładne, naszym lalkom babcie albo mamy szyły ubranka, tatusiowie robili im domki z pudełek po butach. W Pewexach płaciło się dolarami, co jeszcze bardziej podkreślało egzotykę tego przeżycia. Niewiele kobiet miało perfumy Diora czy Chanel. Mamom podkradałyśmy Panią Walewską albo słynne, choć czasem obśmiewane Soir de Paris.
W kolejce jak w salonie
W kinach nie było tylu zachodnich premier co dzisiaj. Ale raz do roku odbywały się Konfrontacje Filmowe, na których pokazywano najlepsze zachodnie filmy. Można było zobaczyć „Lot nad kukułczym gniazdem”, „Hair”, „Wielkie żarcie”, „Tess” Polańskiego, „Tootsie”, „Dzikość serca”. Drugą taką imprezą były Spotkania Teatralne – tam oglądało się najlepsze polskie spektakle. Kolejki po karnety były kilometrowe, ale to były salony, nie kolejki! Wszyscy byli uprzejmi, gadało się o różnych premierach i wspaniałych rolach, na przykład Anny Polony w spektaklu Andrzeja Wajdy „Z biegiem lat, z biegiem dni”. Czuliśmy się wybrańcami.
W kolejkach stało się także do Instytutu Austriackiego i Instytutu Francuskiego, żeby zapisać się na kursy językowe. Albo w Warszawie do Metodystów na angielski. Wszystko, co dzisiaj wydaje się takie łatwe, trzeba było z trudem zdobyć. Ale też wszystko wydawało się cenne, wartościowe, było długo wspominane. Na kupno Encyklopedii trzeba się było zapisywać, książki nawet te oficjalne potrafiły być cenzurowane. Na przykład „Dzienniki” Marii Dąbrowskiej bez zakreśleń cenzury wyszły dopiero po 1989 roku.
Łowcy skarbów
Lata 80. wiele zmieniły, w sklepach nie było już niczego, ale młodzież chciała mieć więcej wolności. Fartuszki naprawdę poszły w kąt. Na głowach pojawiły się irokezy. W 1980 roku odbył się pierwszy festiwal w Jarocinie – Ogólnopolski Przegląd Muzyki Młodej Generacji. Wystąpili między innymi: Kora, Kombi, Dżem. Pojawiły się nowe subkultury młodzieżowe, na przykład punkowcy. Dzieciaki wymykały się spod reżimowej kurateli. Starsze rodzeństwo coraz częściej wyjeżdżało na saksy, do sezonowej pracy na Zachodzie. Po ciuchy chodziło się do kościoła – tam dowożone były paczki z pomocą z Francji, Niemiec czy Anglii. Po salkach katechetycznych nastolatkowie krążyli jak łowcy skarbów. Pojawiły się nowe atrakcje i nowe gwiazdy.
W „Telewizyjnej liście przebojów” rywalizowały piosenki i – po raz pierwszy – polskie wideoklipy, między innymi Beaty i Bajmu, Oddziału Zamkniętego czy Urszuli. To był program, który oglądali wszyscy.
Do tego świata wracamy dzisiaj z nostalgią i sentymentem. Każdy ma pod powiekami obrazki z dzieciństwa, jak kolorowe pocztówki. Nawet obowiązkowe przecież pochody pierwszomajowe z punktu widzenia dziecka to było atrakcyjne wydarzenie. Zwykle świeciło słońce, grała orkiestra, wszyscy dostawali kolorowe bibułkowe kwiaty. A można było jeszcze trafić na kiełbaski z grilla. Wielu ludzi wspomina wesołe miasteczka, które były miejscem zabaw – wysokie diabelskie młyny, karuzele, tanie zabawki na festynach i „kolorowych jarmarkach”, o których śpiewała Maryla Rodowicz. Teraz, wspominane, rozczulają.
