„Metro” ma 35 lat. Janusz Józefowicz tylko w VIVIE! o kulisach musicalu, który zmienił Polskę
„Metro” kończy 35 lat i wraca w wielkim jubileuszowym wydaniu na warszawski Torwar. Zanim jednak legendarne widowisko Janusza Józefowicza i Janusza Stokłosy znów porwie tysiące widzów, wracamy do jego początków – czasu młodości, marzeń i energii, jakiej wcześniej na polskiej scenie nie było. Tylko na łamach VIVY! Janusz Józefowicz opowiada o castingu, który zmienił życie setek młodych ludzi, o buncie przeciwko teatralnym regułom i o tym, dlaczego „Metro” od 35 lat pozostaje znakiem, którego nie da się zmyć.

W styczniu 2026 roku musical „Metro”świętuje 35-lecie istnienia. Z tej okazji legendarne widowisko Janusza Józefowicza i Janusza Stokłosy powróci w jubileuszowym wydaniu na warszawski Torwar, gdzie zaplanowano specjalne spektakle z orkiestrą i rozbudowaną oprawą sceniczną. To dobry moment, by wrócić do emocji sprzed lat i przypomnieć sobie, dlaczego „Metro” – pierwszy musical wyprodukowany w wolnej Polsce – stało się czymś znacznie więcej niż tylko teatralnym wydarzeniem. Dla wielu młodych ludzi było spełnieniem marzeń, doświadczeniem pokoleniowym i początkiem historii, która trwa do dziś.
35-lecie musicalu „Metro”. Magazyn VIVA!
Gdy pierwszy raz usłyszałam o musicalu „Metro”, kończyłam szkołę podstawową. I oczywiście jak wszyscy żyłam zbliżającą się premierą pierwszego polskiego musicalu „Metro”. Przy pierwszej nadarzającej się okazji pobiegłam obejrzeć spektakl, o którym mówili wszyscy. Miałam też kasetę, a potem płytę z utworami. Siadając do pisania tekstu z okazji 35-lecia „Metra”, włączyłam sobie tamte piosenki i… okazało się, że wszystkie teksty pamiętam doskonale. Dlaczego? Może dlatego, że tak jak każdy młody człowiek na początku lat 90. XX wieku potrafiłam sobie wyobrazić, że jestem jedną z nich – tych na scenie i tych, w których role się wcielali – młodych, energicznych, pełnych entuzjazmu ludzi, którzy chcą podbić świat? Dzisiaj wiem, że tego samego chcą wszyscy młodzi, niezależnie od tego, na jakie historyczne czasy przypada ich młodość. Może więc na tym polega fenomen tego przedstawienia? „To nie był zwykły spektakl. To było zjawisko socjologiczne, które jednoczyło ogromną część mojego pokolenia i było dla nas pewnego rodzaju duchowym przeżyciem. Zakładaliśmy fankluby, prowadziliśmy gazetki, nagrywaliśmy na VHS-y wszystkie telewizyjne występy »Metrowców«, chodziliśmy na spektakl setki razy. Ja byłam tylko pięćdziesiąt kilka razy, to na tle innych naprawdę niewiele”, opowiada Marysia Wasilewska, która pośrednio dzięki musicalowi „Metro” pracuje od lat przy organizacji koncertów i wydarzeń kulturalnych.
Reżyser Janusz Józefowicz i kompozytor Janusz Stokłosa nie pytali nikogo, skąd jest i co robi, bo jasne było, że ktoś, kto przyszedł na casting do musicalu, marzy o robieniu zupełnie czegoś innego niż dotychczas. Na profilu Studio Buffo – najlepszy teatr muzyczny w stolicy kilka lat temu pojawiło się czarno-białe zdjęcie obu twórców w drodze na kolejny casting, podpisane: „Rok 1989 albo 1990. PKP, WARS, kawa plujka – czyli w drodze do kolejnego miasta na castingi do »Metra«”. Jeździli po całej Polsce, bo szukali młodych, pełnych entuzjazmu ludzi o wyjątkowych talentach.
Janusz Józefowicz opowiadał mi o początkach „Metra”: „W różnych miejscach znajdowaliśmy różnych ludzi. Jeździliśmy po wielu polskich miastach, ale też szukaliśmy w Czechosłowacji, w Rosji. Zależało mi, żeby mieć międzynarodową obsadę”. Wiadomo, że każdy z nich musiał dobrze śpiewać albo dobrze tańczyć, a czasem i to, i to. „Jak się ma przed sobą kilkaset osób, a na przesłuchanie każdej z nich tylko chwilę, to trzeba się kierować intuicją. I zadać sobie pytanie, nie co ten człowiek umie, ale jak szybko jest w stanie się nauczyć. Przecież my szukaliśmy amatorów. I najczęściej w swoich wyborach się nie myliliśmy. Chyba chodzi o ten rodzaj wdzięku, który powoduje, że na scenie może być sto osób, a widz będzie patrzył tylko na tę jedną”.
(...)
Czytaj też: „Metro” na Broadway'u poniosło sromotną porażkę. Janusz Józefowicz zmagał się z depresją
Gdy 30 stycznia 1991 roku szczęśliwcy zdobyli bilety na premierę „Metra” w Teatrze Dramatycznym, zupełnie nie spodziewali się tego, co ich czeka. To był pierwszy musical wyprodukowany w wolnej Polsce. Oczywiście od miesięcy mówiło się, że to będzie wydarzenie teatralne na niespotykaną dotąd skalę. Ale amatorzy, lasery, musical? To nikomu nie mieściło się w głowie. Janusz Józefowicz wspomina: „Wszystko, co robiliśmy, robiliśmy po raz pierwszy. Również to, że daliśmy szansę młodym ludziom, nastolatkom, pokazać się na profesjonalnej scenie. To też była rewolucja. Wcześniej, gdy ktoś chciał występować w teatrze, musiał skończyć szkołę teatralną albo baletową, odczekać swoje w garderobie, by kilka lat później mieć szansę na debiut. A u nas amatorzy dostali taką szansę od razu, chociaż szkoliliśmy ich jak w szkole. Dzięki temu ten spektakl miał taki rodzaj energii, jakiej nikt nigdy na polskiej scenie nie widział”. „Ta energia rozsadzała Teatr Dramatyczny i robiła na widzach większe wrażenie niż lasery, muzyka, słowa”, dodawał Józefowicz.
Na łamach VIVY! mówił jeszcze: „Gdy robiłem musical, ludzie się w głowę stukali. Po co nam to? To obce kulturowo. A w dodatku wpuściliśmy na scenę amatorów. Pamiętam te awantury, sprzątaczka krzyczała: »Tu Łomnicki siedział, a teraz jakiś brudny szczyl z Włocławka!«”. I dodawał: „To były dzieci. Nigdy wcześniej w Polsce nie wpuszczono na profesjonalną scenę ludzi w takim wieku. Kasia Skarpetowska, która teraz jest świetną choreografką amerykańską, miała 15 lat. Energię, o jaką mi chodziło, można było wygenerować tylko z takich ludzi. Mało tego. Tylko takim ludziom można było powiedzieć: »Zostaw wszystko«. Tym, którzy wygrali casting, powiedziałem: »Zapominamy o rodzinach, o przyjaciołach, o miłościach. Zamykamy się w klasztorze na dwa lata albo trzy. I zapierdalamy«. I zamknęli się. Bo wszyscy wierzyli, że uda im się osiągnąć sukces. Autorki libretto Agata i Maryna Miklaszewskie napisały bowiem niezwykle aktualną i ponadczasową, jak się okazało, »rzecz o młodzieńczych ideałach, o wierności i zdradzie, o władzy pieniądza, ale przede wszystkim o miłości. I o wierze, która nadaje zdarzeniom ponadczasowy sens«”.
[...]
Cały artykuł do przeczytania w nowej VIVIE!. Magazyn dostępny w punktach sprzedaży od czwartku, 15 stycznia.

