Nazywają go „Michałem Aniołem fantastyki”. Tylko w VIVIE! Wojciech Siudmak odsłania swoje tajemnice. Tak zaczęła się jego kariera
Nazywany „Michałem Aniołem fantastyki”, Wojciech Siudmak w rozmowie z Elżbietą Pawełek opowiada o swojej fascynacji gwiazdami i artystycznej drodze . Zobacz, co zdradził w nowej VIVIE!

- Elżbieta Pawełek
Jego obrazy krążą po całym świecie niczym komety. Stały się inspiracją do nakręcenia „Diuny”. Wyświetlano je na Wieży Eiffla i na świątyni Ramzesa III w Luksorze. Nazywają go „Michałem Aniołem fantastyki”, choć sam mówi o sobie, że jest tylko artystą, który zapatrzył się w gwiazdy… Z Wojciechem Siudmakiem rozmawia Elżbieta Pawełek.
TYLKO W VIVIE! Wojciech Siudmak o początkach kariery i inspiracjach
– Kiedy malujesz, czerpiesz energię z kosmosu czy z własnych przeżyć?
Z przeżyć również, ale głównie z kosmosu. Jak to się dzieje, naprawdę nie wiem. Zachwyciłem się kosmosem, będąc dzieckiem. Miałem wtedy 10 lat. W moim rodzinnym Wieluniu akurat spadło dużo śniegu, więc po rekolekcjach zaczęliśmy z kolegami robić orły na śniegu. Ślady wyglądały przepięknie, jak ptaki, które zrywają się do lotu. To Polacy, którzy ruszyli w świat. Pomyślałem, że jeszcze raz rzucę się w ten śnieg. Spojrzałem w niebo, mówiłem to wiele razy, ale jest to prawda mojego życia. Na rozgwieżdżonym niebie zobaczyłem ogromną, zjawiskową galaktykę, jakiej nigdy nie widziałem. I wtedy przeleciał mnie zimny dreszcz, jakby lecące z kosmosu mikroskopijne cząstki coś we mnie poruszyły, na nowo ułożyły. Zafascynowały mnie te zbite szeregi gwiazd i nasza odważna znikomość. Od tamtej pory patrzę na nie i myślę o ogromie kosmosu. Zadaję sobie pytanie, jaka jest moja rola, kim jestem?
– Może przybyszem z kosmosu?
Coś wkradło się do mojej duszy, zapewne ten kosmos… (Śmiech). Zacząłem nazywać swoje obrazy Galaktyką, Kosmosem… Na ich tle jesteśmy zadziwiającym „kosmicznym pyłem”. Ludzie z nonszalancją mówią, że nie wierzą w Boga, podczas gdy wielcy naukowcy, badający kosmos mówią: „Kurczę, tam coś jest”. Osobiście wierzę w Boga, choć niekoniecznie w takiego, jakiego proponują nam religie. Wierzę w ten ogrom, w tę wyższą siłę, której nigdy nie poznamy… [...]
Sprawdź też: Ma tylko 14 lat, a już błyszczy na premierach. Córka aktorskiej pary zaczyna iść własną drogą
– Wyjechałeś z Polski, bo ASP zaszła Ci za skórę?
To się zaczęło w liceum sztuk plastycznych podczas wakacji. Wróciłem do domu i zastałem ojca płaczącego w kuchni. W szpitalu powiedzieli mu, że jego dni są policzone. Okazało się, że tacie zostało niewiele życia z powodu wady serca. Tak mną to wstrząsnęło, że uciekłem do pokoju, zacząłem „krzyczeć” – rysować na wzór Picassa, który był wtedy bardzo modny. Rysowałem przez kilka tygodni, żeby zapomnieć… Po wakacjach zwyczajem szkolnym uczniowie wieszali na ścianach swoje rysunki i je oceniali. Ja też powiesiłem swoje. Koledzy i koleżanki chwalili mnie za interesującą kreskę, ładne kompozycje, ale nikt nie usłyszał mojego krzyku. Wtedy zwątpiłem w styl Picassa, to nie był mój język. Tak zrodził się mój bunt przeciw niszczeniu przez niego piękna i proporcji, co było dewizą Picassa. Wylądowałem na warszawskiej ASP, cały czas myśląc, co ja właściwie tam robię. Mam malować abstrakcyjne obrazy, których nikt nie rozumie? Na trzecim roku zapisałem się na siłownię.

– I stałeś się młodzieńcem z idealnie wyrzeźbioną muskulaturą, co widać na zdjęciach.
W ten sposób chciałem zrzucić z siebie ten ciężar. Ale oprócz tego to była też moda. Na piątym roku pojechałem do Paryża. Zabrałem ze sobą swoje prace w nadziei, że wstawię je do którejś z galerii. Ale nikogo nie interesowała już abstrakcja. Nagle znalazłem się w dżungli, gdzie wszyscy byli wspaniali i zdolni. Pomyślałem, że muszę znaleźć własną drogę, co trwało kilka lat, zanim zwróciłem się w stronę science fiction. Już nie wróciłem do Polski i nie odebrałem dyplomu.
– Mieszkając w Paryżu, odnosiłeś sukcesy w Ameryce. Ilustrowałeś książki Philipa K. Dicka, nazywanego „Szekspirem science fiction”, które rozchodziły się w milionowych nakładach.
W Paryżu moją pierwszą pracą był właśnie Dick. Jeszcze nie mówiłem po francusku, więc każdą kartkę musiałem czytać ze słownikiem (śmiech). Potem wystarczył mi sam tytuł, w którym ten genialny pisarz potrafił zawrzeć treść książki. We wspomnianym albumie Rebisu są moje najlepsze rysunki do jego książek. Oddałem w nich niepokojący świat Dicka, który okazał się absolutnie taki sam jak mój.
– Co Cię tak niepokoiło?
Mówiąc krótko, życie. Na wszystko patrzę z pewnym niepokojem. Może dlatego, że wciąż noszę w sobie obraz zniszczonego Wielunia, pierwszego polskiego miasta zbombardowanego przez Niemców. Wszędzie widziało się kalekich ludzi, zgliszcza… Szukałem podświadomie piękna, które mnie fascynowało. Charles Baudelaire powiedział, że piękno jest dziwnością. W moim dzieciństwie to była jakaś upragniona dziwność w rzece brzydoty. [...]
– Masz jakiś rytuał po skończonej pracy? Wyrzucasz stare pędzle, zmieniasz farby?
Nie mam, mam tylko niezadowolenie. Dlatego nie kolekcjonuję obrazów innych artystów, na ścianach wiszą tylko moje obrazy i wiem, które muszę poprawić. I poprawiam je non stop. W zasadzie wszystkie obrazy są moim jednym obrazem.
Cała rozmowa z Wojciechem Siudmakiem do przeczytania w nowej VIVIE!. Magazyn dostępny w punktach sprzedaży od czwartku, 12 lutego.

