Reklama

Kiedy miałam dziesięć lat, mama podarowała mi książkę „Kwiat kalafiora”. Przyznaję, ani okładka, ani tytuł mnie nie zachwyciły. „Kwiat kalafiora? Co za pomysł!” – myślałam. Jednak w tamtych czasach książki były na wagę złota, więc przestałam narzekać i zaczęłam czytać. Już od pierwszego zdania wciągnęła mnie historia: „Suknia była różowa. Na zgięciach i szwach tkanina migotała delikatnie i złociście…” Tak poznałam Idę Borejko, pierwszą gwiazdę „Jeżycjady”. Muszę jednak przyznać, że polubiłam ją dopiero po kilku tomach.

Kiedy książka staje się częścią życia

Minęło wiele lat, a ja i kobiety w mojej rodzinie wciąż zaczytujemy się „Jeżycjadą” i czekamy na kolejne tomy. Kiedy ukazała się książka „Na Jowisza! Uzupełniam Jeżycjadę”, od razu zaczęliśmy rozważać wiek bohaterów. Ciotka pamiętała, że Gabrysia Borejko to jej rówieśnica. Dla wielu może to dziwne, że dorośli interesują się fikcyjnymi postaciami, ale w przypadku „Jeżycjady” nie są to zwykli bohaterowie. Towarzyszą nam przez całe życie.

Kiedy po raz pierwszy odwiedziłam Poznań, od razu udałam się na Jeżyce. Kamienica przy ul. Roosevelta 5 – Kamienica Borejków – wyglądała dokładnie tak, jak ją sobie wyobrażałam. Autorka pisała o niej: „Widać było tylko górne partie przytulnych wnętrz – ciepło świecące lampy, fragmenty regałów z książkami, obrazy, jakąś roślinkę pnącą się po ścianie”. Zdjęcia tej kamienicy wykonała córka Musierowicz – Emilia Kiereś, która również została pisarką.

23.10.2004 Krakow, Tragi Ksiazki, Malgorzata Musierowicz fot.Anna Kaczmarz/Dziennik Polski/Reporter ksiazka autografy
Malgorzata Musierowicz Siostra poety znana pisarka Małgorzata Musierowicz, zdjęcie z 2004 roku. Fot.Anna Kaczmarz/Dziennik Polski/Reporter

Dzieciństwo w cieniu wojny i rodzinne wartości

Małgorzata Musierowicz, z domu Barańczak, urodziła się 9 stycznia 1945 roku w Poznaniu, w ostatnich miesiącach II wojny światowej. Wychowywała się w rodzinie lekarzy: matka była dentystką, ojciec – lekarzem i zarazem malarzem oraz publicystą. Od najmłodszych lat przejawiała zdolności artystyczne i literackie. W wieku pięciu lat nauczyła swojego młodszego brata alfabetu, układając litery z dżdżownic. Tym bratem był Stanisław Barańczak – późniejszy wybitny poeta, tłumacz i profesor Uniwersytetu Harvarda. Rodzina odgrywała kluczową rolę w życiu Małgorzaty – dom był miejscem dialogu, książek i wzajemnego wsparcia.

Lata nauki i plastyczne początki

Choć humanistyka przychodziła jej z łatwością, matematyka była jej zmorą. Dzięki wrażliwości i wyrozumiałości profesora Węgrzynowicza udało się jej zdać maturę. Wybierając drogę artystyczną, rozpoczęła studia na Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Poznaniu (obecnie Uniwersytet Artystyczny). Studiowała grafikę i malarstwo, a w 1968 roku obroniła dyplom. W tym samym roku wyszła za mąż za architekta Bolesława Musierowicza. Małżeństwo okazało się trwałe i wspierające – wspólnie wychowali czworo dzieci: Andrzeja, Zosię, Emilię i Bolesława juniora.

CZYTAJ TEŻ: Miała 15 lat, gdy pokochała starszego od niej mężczyznę. Miłość, o której Kate Winslet długo milczała

PHOTO: LUKASZ GRUDNIEWSKI / EAST NEWS WROCALW 01.12.2012 N/Z MALGORZATA MUSIEROWICZ
PHOTO: LUKASZ GRUDNIEWSKI / EAST NEWS WROCALW 01.12.2012 N/Z MALGORZATA MUSIEROWICZ Lukasz GRUDNIEWSKI/East News

Początki pisarskie – od ilustratorki do autorki

Pierwszym zawodem Małgorzaty Musierowicz było ilustrowanie książek dziecięcych. Przełomem okazał się udział w konkursie literackim miesięcznika „Kultura”. Tak powstała debiutancka powieść „Małomówny i rodzina” (1975), która została wydana mimo braku nagrody. Dwa lata później ukazała się „Szósta klepka” – pierwszy tom „Jeżycjady”, który zapoczątkował jej literacką legendę. Twórczość rozwijała głównie nocami, kiedy dzieci spały, a dom cichł. Pisanie stało się nie tylko pasją, ale też źródłem utrzymania i formą duchowego wyrazu.

Jeżycjada – wielopokoleniowa saga o codziennym życiu

Cykl „Jeżycjada” to 22 tomy powieści, które towarzyszyły polskim rodzinom od lat 70. do XXI wieku. Ich akcja toczy się w Poznaniu, głównie na Jeżycach, a bohaterami są przedstawiciele kilku pokoleń rodziny Borejków oraz ich przyjaciele. Małgorzata Musierowicz z niezwykłą empatią i subtelnością portretuje dorastanie, codzienne radości, kryzysy, dojrzewanie do wartości. Jej styl – pełen ciepła, intertekstualnych nawiązań i poczucia humoru – zyskał nazwę „musierowiczowskiego”. Nie moralizuje, ale inspiruje do refleksji i działania.

Kobiety, relacje, wartości – pisarka w służbie dobra

Postacie kobiece w „Jeżycjadzie” to wielowymiarowe bohaterki – silne, kruche, myślące. Ich przemiany odzwierciedlają zarówno życiowe doświadczenia autorki, jak i przemiany społeczne. Dla Musierowicz ważna była nie tylko rodzina, ale też dialog międzypokoleniowy, odpowiedzialność za słowo i wierność sobie. Jej powieści uczą empatii, samodzielnego myślenia, wybaczania. Autorka nie ulegała modom – pisała „po swojemu”, z sercem, z wewnętrzną czułością dla swoich bohaterów i czytelników.

Życie prywatne – z dala od blasku fleszy

Małgorzata Musierowicz od zawsze unikała rozgłosu. Rzadko udzielała wywiadów, nie bywała na galach, nie budowała swojej „marki osobistej”. Żyła w rytmie rodzinnym, pisząc wtedy, gdy dom jej na to pozwalał. Ciepło, które biło z jej książek, było odbiciem życia wewnętrznego – pełnego wyrozumiałości, zadumy i miłości. Z czasem jej córka, Emilia Kiereś, również została pisarką i tłumaczką. Wspólnie stworzyły dwie niezwykłe książki: „Na Jowisza!” i „Na Jowisza! Nadal uzupełniam Jeżycjadę”, będące przewodnikami po świecie Borejków.

Dziedzictwo literackie i wpływ pokoleniowy

Twórczość Małgorzaty Musierowicz została uhonorowana m.in. Nagrodą Prezesa Rady Ministrów i Nagrodą im. Janusza Korczaka. Jej książki przetłumaczono na kilkanaście języków, m.in. niemiecki, francuski, czeski i japoński. Dziś, po ponad pięciu dekadach od debiutu, „Jeżycjada” nadal żyje – w bibliotekach, na półkach, w sercach czytelników. Pisarka wciąż pozostaje symbolem ciepła literackiego, odwagi w byciu sobą i głosem pokolenia, które wierzyło, że literatura może być dobra, piękna i mądra jednocześnie.

Co dalej z Jeżycjadą?

Niestety od dłuższego czasu autorka milczy. Ostatni tom cyklu, „Ciotka Zgryzotka”, ukazał się w 2018 roku. W latach 2020 i 2021 fani otrzymali dwie książki uzupełniające: „Na Jowisza!” i „Na Jowisza! Nadal uzupełniam Jeżycjadę”. W zapowiedziach wciąż pojawia się tytuł „Chucherko”. Choć Małgorzata Musierowicz nie potwierdziła, kiedy lub czy ukaże się nowa książka, czytelnicy nie tracą nadziei. Dla wielu z nas jej bohaterowie towarzyszą życiu równie realnie, jak członkowie rodziny – i to największy dowód literackiego mistrzostwa. Na stronie autorki ostatni wpis pochodzi z 2024 roku i dotyczy wznowienia całej serii Jeżycjady na 50 lecie, które seria świętowała w ubiegłym roku. Kończy się słowami: "

Na koniec pozdrawiam najserdeczniej wszystkich i dziękuję za miłe sygnały, a także spieszę uspokoić zaniepokojonych: czuję się dobrze i rześko, wszystko u mnie w porządku, a stronię od internetu, bo uznałam, że najwyższy czas od niego odpocząć. (Zmęczone oczy zdecydowanie wolą wpatrywać się w przyrodę).

Nic natomiast się nie zmieniło w moich uczuciach dla Was, toteż pozwólcie, że ogarnę Was teraz jednym wielkim i gorącym uściskiem mentalnym, do którego dorzucam spontanicznie mnóstwo mentalnych całusów!".

CZYTAJ TEŻ: Uwielbiana aktorka od ponad 20 lat żyje w rzymskim małżeństwie. Mało kto wie, kto skradł jej serce

W wywiadzie udzielonemu Andrzejowi Nowakowi, zamieszczonym w wydanej w 2024 roku książce "Kto pisze naszą historię? Rozmowy polskie wiosną XXI wieku", wydaną przez Wydawnictwo Literackie Małgorzata Musierowicz mówiła o sobie: "Nie jestem zbyt skłonna do opowiadania o sobie i swoich przeżyciach. Wolę raczej słuchać, jak opowiadają inni — to wydaje mi się, po pierwsze, bardziej uprzejme, a po drugie — ciekawsze". Co jeszcze zdradziła autorka Jeżycjady? Oto fragmenty rozmowy:

(…) Bardzo wcześnie, jeszcze przed pójściem do szkoły, zaczęłam samodzielnie czytać. Potem, kiedy już nie starczało mi lektur, mama zapisała mnie do dziecięcego oddziału poznańskiej Biblioteki Raczyńskich przy ulicy Armii Czerwonej (dawniej: Święty Marcin). Po przebyciu kilku posępnych ulic, pełnych jeszcze wojennych gruzów starego świata i pierwszych rusztowań świata nowego — wkraczało się w kontrastową, czarodziejską rzeczywistość. W tej jasnej, ciepłej i zacisznej czytelni, wypełnionej kuszącymi tomami, spędzałam każde popołudnie po lekcjach. Były to wczesne lata pięćdziesiąte, Stalin jeszcze żył. Choinki w szkole zdobiono czerwoną gwiazdą na czubku i białymi szóstkami, wyciętymi z papieru, a symbolizującymi plan sześcioletni. W lekturach obowiązkowych były książki Heleny Bobińskiej i Borysa Polewoja. Natomiast półki tej biblioteki wypełniały wspaniałe książki pochodzące jeszcze sprzed wojny — i tak oto zostałam połową duszy przeniesiona w przeszłość, czyli — odbyłam pierwsze świadome spotkanie z Historią. Moją ukochaną lekturą stały się, wydane przez Gebethnera i Wolffa w roku 1926, Heroje, czyli klechdy greckie o bohaterach Charlesa Kingsleya (tytuł oryginalny: Heroes), z pięknymi, barwnymi ilustracjami Williama Russela Flinta. I przyznać muszę, że to nie Dratewka stał się na długo moim bohaterem, tylko Prometeusz.

(…) To, o co pan pyta — czyli ów przekaz międzypokoleniowy — był czymś naturalnym w mojej rodzinie. Dziadkowie, wujowie, ciotki nie szczędzili nam opowieści, których wszyscy słuchaliśmy z zapartym tchem; dbano o nasze — moje i brata — kontakty z wysoką kulturą i starano się o to, byśmy rozwijali nasze umiejętności oraz talenty; słuchaliśmy wspólnie muzyki klasycznej z radia lub płyt; w domu było mnóstwo książek, które czytano i którymi się dzielono; nieustannie pilnowano, byśmy wyrażali się poprawnie i ładnie, a wszyscy stale mieliśmy o czym rozmawiać, międzypokoleniowo. Kiedy sama założyłam rodzinę i przyszły na świat dzieci, model ten oczywiście się powtórzył, bez żadnych zakłóceń, i nie trzeba było specjalnych wysiłków, by dzielić się wzajemnie naszymi myślami, pasjami czy zachwytem. Kiedy jednak podrosły nasze wnuki, zmiana daje się zauważyć gołym okiem: punkt ciężkości ich zainteresowania przeniósł się w świat cyfrowy. Nie ma to wpływu na rodzinne uczucia, na szczęście, ale ma — na rodzaj i intensywność kontaktowania się. Inna, atrakcyjniejsza, bezkresna rzeczywistość, utajona w tych jakże poręcznych smartfonach, jest dla ich posiadaczy nieodparcie kusząca, a że jest dostępna za jednym muśnięciem palca, muszą nieustannie się z nią łączyć, także po to, by pośród rozmowy coś z łatwością zademonstrować (zamiast o tym opowiedzieć). Staramy się, naturalnie, konkurować z tymi elektronicznymi przeciwnikami bliskości, i nawet nam się to nieźle udaje. Ale przecież nie wszyscy zwolennicy rozmowy tradycyjnej mają na taką walkę czas, siły i ochotę. I tu upatruję przyczyny owego rozjeżdżania się związków międzypokoleniowych, trudności w złapaniu kontaktu, niemożności dotarcia z tym, co należałoby przekazać. Ma pan rację, te światy się oddalają, a o coraz mniejszą obecność kultury, tradycji i historii w świecie młodych ludzi dbają wytrwale jakieś złowrogie
siły. Ale przecież Natura upomni się o swoje prawa do bliskości i do obcowania z Pięknem, a już Historia z pewnością zadba o to, by przyciągnąć do siebie uwagę. Sprawa jeszcze nie jest beznadziejna. Nie wolno się poddawać — pan zresztą o tym wie najlepiej!

(…) 28 czerwca 1956 roku stałam z mamą w ogromnej kolejce, ciągnącej się przez pół placyku przy ulicy Libelta, róg Kościuszki. W całym mieście ludzie robili gorączkowe zakupy żywnościowe, wiedząc, że władze aresztowały delegację robotników, że w proteście przeciwko temu zastrajkowały Zakłady Cegielskiego, że zaraz wszystkie zakłady pracy staną, że zdesperowani robotnicy wychodzą na ulicę i że sprawa jest na ostrzu noża. Mama, spóźniona po wyjściu z kliniki, ustawiła się w kolejce do sklepu mięsnego, żeby przynajmniej było coś w domu do jedzenia. A tymczasem jezdnią obok nas ciągnął ogromny pochód wzburzonych robotników z odręcznie wypisanymi transparentami głoszącymi: „Chleba i Wolności!”. Na czele pochodu szły kobiety i dzieci. Ludzi było tak wiele, że wypełniali nie tylko jezdnię ulicy Libelta, ale i chodniki — szli i szli, pochód nie miał końca. Jakieś kobiety w kolejce zaczęły szemrać, że po co nam to i że to się musi źle skończyć. Nasza mama milczała, ale była bardzo smutna. Wtem zobaczyłam w tym ogromnym tłumie moją koleżankę z klasy; szła jezdnią blisko krawężnika, krzyczała wraz ze wszystkimi, wymachiwała pięściami. Spojrzała na mnie wrogo, jakby z wyrzutem, obco, a ja zaśmiałam się i popukałam w czoło. Widząc to, mama wypadła z kolejki, szarpnęła mnie za rękę, krzyknęła: „Jak śmiesz?!” — i wlepiła mi klapsa. Opuściła kolejkę, poszłyśmy do domu, a po drodze dowiedziałam się, że przecież to my byłyśmy po niewłaściwej stronie ulicy. „Oni mają rację, walczą o wolność” — powiedziała mama twardo. Teraz myślę, że wracając właśnie wtedy, mogłyśmy w

(…) Ciekawa rzecz — nie wie się zazwyczaj, że przeżywa się właśnie moment historyczny. Wtedy byłam tylko wstrząśnięta tą sąsiedzką tragedią. Świadomość tego, co naprawdę się wydarzyło — mianowicie, że tkwiłam „w środku” prawdziwego, tragicznego, krwawego powstania — zyskałam z opóźnieniem, dokładnie 28 czerwca 1968 roku, w dniu mojego ślubu (przypadek! — jego datę wyznaczyli dominikanie). Skromniutkie wesele odbywało się w naszym mieszkaniu przy Kościuszki 110, w pokoju balkonowym, z widokiem na nasze podwórko. Rozmowa przy weselnym stole zeszła, normalnym trybem, jak to przy takich okazjach w Polsce bywa, na zwyczajne, niestety, polskie sprawy, a tym samym — na rocznicę tzw. wypadków poznańskich i nagle pana młodego naszły wspomnienia. Opowiedział, że mając lat zaledwie piętnaście, znalazł się wtedy, to jest 28 czerwca 1956 roku, w samym centrum wydarzeń, mianowicie na moście Teatralnym, u wylotu ulicy Roosevelta, i to akurat w chwili, gdy z ulicy Kochanowskiego dały się słyszeć odgłosy wystrzałów, a w tłumie demonstrantów (posuwających się w stronę ulicy Kochanowskiego) utknął pierwszy z dziesięciu czołgów jadących w górę ulicy Roosevelta od dzielnicy Golęcin, gdzie był garnizon. Mój przyszły mąż oczywiście natychmiast wdrapał się na czołg. Klapa otworzyła się i z wnętrza wychynął przerażony młody żołnierz, który zaraz zaczął pytać, czy aby kogoś nie przejechał. Pytał też, co się dzieje — nic nie wiedział, bo po prostu rozkazano im nagle wsiadać do maszyn i jechać w określonym kierunku. Tłum ściągnął go na dół i zaczął mu po dobroci wyjaśniać, podczas gdy mój Bolek zajrzał ciekawie do wnętrza pojazdu, gdzie już siedzieli dwaj spośród demonstrantów i coś tam w tyle przewracali. „Trzymaj!” — powiedział jeden z nich i podał mu przez otwór włazu wielkie metalowe pudło z amunicją do karabinów maszynowych. Ci dwaj zanieśli to potem w krzaki, zarastające wtedy brzegi mostu Teatralnego, rozpruli pudło i zaczęli ładować karabin, który już był w ich posiadaniu. Ten, który wydawał komendy, oświadczył, że walczył pod Monte Cassino i że nareszcie nadeszła chwila. Następnie opanowali czołg i ruszyli z wolna w kierunku ulicy Kochanowskiego.
Piętnastolatkowi kazali zmykać. Ale on ich nie posłuchał, tylko ruszył także w tę stronę. Zapamiętał taką niesamowitą scenę: trzy młode kobiety biegły od strony przeciwnej, czyli z kierunku, gdzie strzelano, niosąc podziurawioną kulami flagę polską, umaczaną w krwi rannych. Ustawione zaś przy ulicy Dąbrowskiego wielkie głośniki, mające zagłuszać odgłosy rozruchów (w mieście trwały właśnie Targi Poznańskie i było mnóstwo obcokrajowców), przez cały czas zawodziły wniebogłosy, w kółko, znany szlagier taneczny Mieliśmy wtedy osiemnaście lat. Obcokrajowcy jednak nie dali się zwieść, przybyli, ujrzeli i nawet wozili samochodami osobowymi rannych do pobliskiego szpitala Raszei, tam i z powrotem, tam i z powrotem. Nad wszystkim zaś krążył samolot i strzelał do ludzi. A ja w tym czasie siedziałam zamknięta w domu!

(…) Nie jestem zbyt skłonna do opowiadania o sobie i swoich przeżyciach. Wolę raczej słuchać, jak opowiadają inni — to wydaje mi się, po pierwsze, bardziej uprzejme, a po drugie — ciekawsze. Rodzaj zaś twórczości, jaki wybrałam, a raczej — jaki realizowałam na wyraźne zlecenie wydawnictwa Nasza Księgarnia (humorystyczna, romantyczna powieść dla dziewcząt, osadzona we współczesnych realiach) — nie wymagał ode mnie tak wiernego zbliżania się do rzeczywistości. Ale przyszła pora, kiedy to musiało się zmienić. Stan wojenny! Miałam w chwili jego ogłoszenia podpisaną umowę na nową powieść, pobrałam już zaliczkę i natychmiast ją, rzecz jasna, przejedliśmy. Nie było wyjścia, trzeba się było wywiązać. Wzburzona sytuacją, kipiałam też buntem i walecznością. Kłamać nie zamierzałam. Napisałam wreszcie to Opium w rosole, nie krępując niczym moich uczuć i przedstawiając stan faktyczny. Wiedziałam, że książka w tej formie ukazać się nie może, ale założyłam, że oddając maszynopis powieści, przynajmniej wywiążę się z umowy. Skądże! Kazano mi napisać ją jeszcze raz, inaczej i spokojniej. „Powiedz prawdę, nie krzycząc” — doradzono mi. — „Półgłosem. Literatura to lubi”. Urząd Kontroli Prasy i Wydawnictw natomiast zdecydowanie
nie lubił prawd podawanych głosem pełnym. Musiałam to zrozumieć. Wymyśliłam więc nowy system: pokazałam rzeczywistość stanu wojennego z punktu widzenia sześcioletniego dziecka. I to się udało.

(…) Ale żeby się wywiązać z zadania, ujawnię, które książki przeczytane we wczesnej młodości pokochałam. I to na całe życie. Tych nie było aż tak wiele, jak owych formujących i fascynujących. Mam niezbite dowody: dziennik czytelniczy! Tak jest, prowadziłam taki dość skrupulatnie, dopóki nie pojęłam, że i tak sama za sobą nie nadążę. Ale zachował mi się wśród papierzysk ten gruby zeszyt z samego końca ponurych lat pięćdziesiątych i początku posępnych lat sześćdziesiątych, czyli mniej więcej moich późnoszkolnych i wczesnolicealnych. A w zeszycie — szybkie notatki o przeczytanych książkach. Kilka tytułów podkreślonych na czerwono, z wykrzyknikami. Wymieniam tu te zaznaczone:
Klechdy sezamowe i Przygody Sindbada żeglarza Leśmiana
Emancypantki Bolesława Prusa
Nad Niemnem Elizy Orzeszkowej
Trylogia Henryka Sienkiewicza
Pan Tadeusz Adama Mickiewicza i jego Sonety krymskie
Poezje Krzysztofa Kamila Baczyńskiego.

Okładka książki Kto pisze naszą historię?.
Reklama
Reklama
Reklama