Reklama

Serial przywrócił pamięć o tragedii, która przez dekady funkcjonowała głównie w lokalnej świadomości mieszkańców Śląska. To historia o bezbronnych dzieciach, o toksycznym dziedzictwie przemysłu ciężkiego i o odwadze jednej lekarki, która postanowiła nie milczeć. Fakty, na których oparto scenariusz, są udokumentowane w reportażach, publikacjach i archiwach medycznych.

Katowice-Szopienice: przemysł i skażenie, które zagrażało najmłodszym

W latach 60. i 70. Katowice-Szopienice były jednym z najbardziej uprzemysłowionych obszarów Górnego Śląska. Działała tam Huta Metali Nieżelaznych "Szopienice", której produkcja wiązała się z emisją pyłów zawierających ołów. W realiach PRL rozwój przemysłu był priorytetem, a normy środowiskowe – jeśli istniały – schodziły na dalszy plan.

Ołów osadzał się na budynkach, wnikał do gleby, unosił się w powietrzu. Dzieci bawiły się na podwórkach pokrytych toksycznym pyłem, chodziły do szkół zlokalizowanych w bezpośrednim sąsiedztwie zakładów. Mieszkańcy nie byli informowani o skali zagrożenia. Przemysł dawał pracę, ale jednocześnie cicho odbierał zdrowie najmłodszym.

Zatrucie ołowiem, czyli ołowica, jest szczególnie niebezpieczne dla dzieci. Powoduje zaburzenia neurologiczne, problemy z koncentracją, opóźnienia rozwojowe, anemię, bóle brzucha, a w skrajnych przypadkach trwałe uszkodzenia mózgu. W Szopienicach objawy te zaczęły przybierać niepokojącą skalę.

"Ołowiane dzieci".
"Ołowiane dzieci". mat. prasowe Netflix

Pierwsze sygnały: jak dzieci zaczęły chorować na "tajemniczą chorobę"

Na początku były pojedyncze przypadki. Dzieci trafiały do przychodni z objawami, które nie zawsze jednoznacznie kojarzono z zatruciem metalami ciężkimi. Skarżyły się na osłabienie, bóle głowy, trudności w nauce. U części z nich pojawiały się drgawki i zaburzenia neurologiczne.

Badania laboratoryjne wykazały podwyższony poziom ołowiu we krwi. Z czasem okazało się, że problem ma charakter masowy. W niektórych szkołach i przedszkolach ogromny odsetek dzieci miał przekroczone normy stężenia tego pierwiastka w organizmie. Skala zjawiska była alarmująca.

Rodzice często nie mieli świadomości przyczyn chorób swoich dzieci. Władze lokalne nie informowały otwarcie o zagrożeniu, a oficjalne komunikaty nie oddawały realnego niebezpieczeństwa. W PRL przyznanie, że państwowy zakład pracy zatruwa mieszkańców, było politycznie niewygodne.

Dr Jolanta Wadowska-Król: lekarz kontra system

Centralną postacią tej historii jest dr Jolanta Wadowska-Król, pediatra pracująca w Szopienicach. To ona zaczęła systematycznie badać dzieci i dokumentować przypadki zatrucia ołowiem. Jej działania doprowadziły do przebadania setek najmłodszych pacjentów.

Lekarka alarmowała przełożonych i władze sanitarne. Dzięki jej determinacji część dzieci skierowano na leczenie i do sanatoriów poza skażonym terenem. W praktyce oznaczało to czasowe odizolowanie ich od źródła toksycznych emisji. Był to krok bezprecedensowy.

Dr Wadowska-Król przygotowała także pracę naukową dotyczącą skali zatrucia. Obrona doktoratu została jednak zablokowana. W realiach PRL ujawnienie tak poważnego problemu środowiskowego mogło zostać uznane za działanie godzące w wizerunek państwa i przemysłu. Lekarka przez lata nie mogła oficjalnie przedstawić wyników swoich badań.

Joanna Wadowska-Król
Joanna Wadowska-Król PAP/ Andrzej Grygiel

Milczenie władzy PRL i próby tuszowania sprawy

Sprawa zatrucia dzieci w Szopienicach była znana w kręgach medycznych i administracyjnych, jednak nie trafiła do ogólnopolskiej debaty publicznej. Informacje nie były szeroko publikowane w mediach. Dokumentacja funkcjonowała w obiegu urzędowym, bez nagłaśniania jej konsekwencji.

Władze koncentrowały się na utrzymaniu produkcji przemysłowej. Odpowiedzialność rozmywała się pomiędzy instytucjami. Oficjalne przyznanie, że zakład pracy przyczynia się do masowego zatrucia dzieci, mogłoby podważyć fundamenty propagandowej narracji o sukcesie gospodarczym PRL.

Dopiero po latach, dzięki pracy dziennikarzy i historyków, historia "ołowianych dzieci" zaczęła być szerzej opisywana. Reportaże i podcasty przywołały relacje świadków oraz dokumenty medyczne. To one stały się jedną z inspiracji dla twórców serialu.

Dziedzictwo "Ołowianych dzieci": pamięć, która wróciła po latach

Ołowiane dzieci jako serial przywróciły pamięć o wydarzeniach, które przez dekady były marginalizowane. Dla wielu rodzin to nie była fikcja, lecz doświadczenie zapisane w zdrowiu i życiorysach ich bliskich. Skutki zatrucia ołowiem mogły towarzyszyć poszkodowanym przez całe życie.

Historia z Szopienic stała się symbolem ceny, jaką społeczeństwo płaciło za uprzemysłowienie w czasach PRL. Pokazała też, jak ważna jest niezależność badań naukowych i odwaga lekarzy, którzy stają po stronie pacjentów.

Dziś Ołowiane dzieci są nie tylko tytułem serialu, ale określeniem realnej tragedii, która wydarzyła się w Polsce. To opowieść o systemowym milczeniu, ale też o determinacji jednostki. I o dzieciach, których zdrowie stało się ofiarą przemysłowej epoki.

"Ołowiane dzieci".
"Ołowiane dzieci". mat. prasowe Netflix

Źródło: NaTemat.pl, Polskieradio.pl

Reklama
Reklama
Reklama