Zachwyca w kolejnym filmie, ale to rola ojca jest dla niego najważniejsza. Rzadko bywa aż tak szczery
Dlaczego ojcostwo, które miało być rewolucją, nie wywróciło jego życia do góry nogami? Tomasz Ziętek odkrywa kulisy swojego życia prywatnego oraz zdradza rodzinne sekrety.

Jego chłopięcy urok to znak rozpoznawczy, ale miniony rok pokazał, że aktor ma do zaoferowania znacznie więcej. Tomasz Ziętek to artysta dojrzewający wraz ze swoimi rolami i życiowymi doświadczeniami. Gdy patrzy na siebie sprzed lat, ubranego w fioletowy ortalion i flanelową koszulę, widzi dziecko z wolnościowej epoki lat 90. Teraz sam jest ojcem i mierzy się z pytaniem: jak dać dziecku swobodę, nie tracąc czujności?
Tomasz Ziętek o dzieciństwie
Tomasz Ziętek nie próbuje nikogo przekonywać, że dorastał w trudnych czasach. Wręcz przeciwnie – dzieciństwo wspomina z czułością. Wychowywał się w Słupsku, w bloku przy rzece. Piłka wpadająca do Słupi to była przygoda, a nie problem. Z rodzeństwem – w sumie było ich pięcioro – godzinami bawił się na dworze. „Wychowałem się w bloku, przy rzece. Regularnie bawiliśmy się nad brzegiem Słupi. I ilekroć piłka wpadała nam do wody, szliśmy wzdłuż brzegu i rzucaliśmy za nią kamieniami, żeby stworzyć fale, w ten sposób próbując nakierować ją w naszym kierunku. Kamieniami albo płytami chodnikowymi – wyrywaliśmy je, rozbijaliśmy na mniejsze kawałki. Dlatego przy brzegu brakowało tak wielu płyt. Szliśmy za piłką nawet kilometr, potem wracaliśmy i jakoś nie pamiętam, żeby ktoś z dorosłych z powodu naszej nieobecności rwał włosy z głowy. Dzieci chowały się bardziej samodzielne. Zgłaszaliśmy się co jakiś czas przez domofon, że żyjemy i wszystko z nami w porządku, i szliśmy bawić się dalej. Zaufanie społeczne było nieporównywalnie większe niż dzisiaj. Znaliśmy wszystkich sąsiadów z całego bloku. Wszystkich. Może to też wpływało na zwiększone zaufanie wobec własnych dzieci? Miało się poczucie, że inni dorośli też mają na nie oko. A może chodzi o to, że ludzie nie byli tak bombardowani złymi wiadomościami z każdej części świata w każdym momencie, przez co poziom lęku był niższy… Nie wiem”, wspomina z uśmiechem w rozmowie ze "Zwierciadłem".
Dzisiaj takie podejście wydaje się nierealne. „Zwróć uwagę, jak teraz reagujemy – ja, ty czy ktokolwiek inny – jeśli widzimy dziecko samo na ulicy. Od razu włącza się lampka, że może coś się stało, trzeba podejść, pomóc. To jest nie do odwrócenia. Kiedy Tolek podrośnie, pewnie będę musiał sobie zadać pytanie, gdzie postawię granice kontroli”, mówi otwarcie.
CZYTAJ TEŻ: Uwielbiana aktorka od ponad 20 lat żyje w rzymskim małżeństwie. Mało kto wie, kto skradł jej serce
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby Instagram i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.

Tomasz Ziętek o ojcostwie
Przypomnijmy, że jego syn ma już półtora roku. Czy pojawienie się dziecka zmieniło życie jego oraz ukochanej? „Zanim Tolek się urodził, wiele osób mówiło nam, że dziecko wywraca świat do góry nogami. Minęło półtora roku, a my z żoną nadal czekamy na ten moment rewolucji. I jak dotąd nie było żadnego szoku. Oczywiście dopuszczam też opcję, że nasze postrzeganie rzeczywistości jest do tego stopnia stępione przez brak snu, że już nie mamy dystansu do całej sytuacji [śmiech]”, żartuje. Nie ukrywa, że nie miał gotowego planu na bycie ojcem. Zdał się na intuicję, nie próbował z góry założyć, jakim będzie tatą.

„Zaskoczenia nie ma o tyle, że ja sobie chyba nic wcześniej nie zakładałem. Nie miałem planów, że będę takim czy innym tatą. Jeśli już, zdaję się raczej na intuicję. To zupełnie inna sytuacja niż ta, kiedy pracowałem nad rolą Igora Bielika w „Czarnej śmierci”. Tam miałem sporo do analizowania. Nie dość, że to była moja pierwsza rola ojca, to jeszcze grałem człowieka, który zostaje wdowcem, jest sam z dzieckiem w dosyć dramatycznych okolicznościach. Oliwia Stockinger, moja serialowa córka, była fantastyczna. Wypracowaliśmy sobie taką relację na planie, żeby móc zagrać bliskość. Może ta ich relacja była nawet trochę na wyrost jak na tamte czasy, czyli lata 60., pokolenie powojennych ojców. Staraliśmy się z reżyserem Kubą Czekajem jakoś to wypośrodkować, żeby jednocześnie oddać realia epoki – ówczesne podejście i mentalność – ale też, żeby współczesny widz miał poczucie, że mój bohater jest odpowiedzialnym, czułym tatą", dodaje aktor.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby Instagram i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
W „Wielkiej Warszawskiej” Tomasz Ziętek wciela się w postać, której relacja z ojcem jest pełna napięć, niedopowiedzeń i głębokich emocji. Ireneusz Czop, który zagrał jego filmowego ojca, mówił o „tarciach pokoleniowych” i o tym, że wszystko, co robimy, robimy „wobec ojca” – nawet jeśli to oznacza bunt czy dystans.
Artysta spytany o to, czy sam rozlicza swojego ojca, odpowiada bez wahania: „Byłoby się do czego przyczepić, tylko że ja generalnie nie jestem zwolennikiem obwiniania i rozliczania ojców. Oczywiście nie mówię o skrajnych przypadkach – o przemocy, nadużyciach. Ale jeśli chodzi o takie klasyczne tarcie międzypokoleniowe, mam wrażenie, że w sumie jest ono nie do uniknięcia. Ojcowie są dziećmi swojej epoki, a to naprawdę wiele zmienia. Oni byli, jeśli chodzi o świadomość różnych rzeczy, kilka kroków za nami. I prawdopodobnie ja też będę kilka kroków za swoim synem”, podsumowuje Tomasz Ziętek.
Źródło: najnowszy wywiad Tomasza Ziętka, który ukazał się na łamach magazynu Zwierciadło
CZYTAJ RÓWNIEŻ: Miała 15 lat, gdy pokochała starszego od niej mężczyznę. Miłość, o której Kate Winslet długo milczała
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby Instagram i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
