Zaczęło się przypadkiem. Dziś są dyrektorami legendarnego teatru – tylko w VIVIE historia duetu Malajkat i Hycnar
Jeden przyjechał z Mrągowa i zakochał się w teatrze od pierwszego spektaklu, drugi jako dwunastolatek stanął na scenie w roli Małego Księcia. Dziś Wojciech Malajkat i Marcin Hycnar razem odpowiadają za wizję Teatru Współczesnego XXI wieku. O magii pierwszych zachwytów, sile duetu i spokojnej ewolucji zamiast rewolucji – opowiadają w szczerej, pełnej anegdot rozmowie dla magazynu VIVA!.

Dwa Koziorożce, czyli według gwiazd – urodzeni szefowie. Dzieli ich jedno pokolenie, łączy talent, pasja, przyjaźń. I wizja, jak powinien wyglądać teatr XXI wieku. Z Wojciechem Malajkatem i Marcinem Hycnarem, dyrektorami legendarnego Teatru Współczesnego w Warszawie, Beata Nowicka rozmawia o olśnieniach i magii…
Wojciech Malajkat i Marcin Hycnar w wywiadzie dla magazynu VIVA!
Pierwsze olśnienie teatralne? Panów „Teatro Paradiso” – parafrazując tytuł genialnego filmu Giuseppe Tornatore.
Wojciech: To ty jesteś Małym Księciem…
Marcin: Dyrektor nawiązuje do mojego debiutu scenicznego. W wieku 12 lat miałem przyjemność wystąpić w tytułowej roli w „Małym Księciu” na deskach Teatru im. Ludwika Solskiego w Tarnowie. Ale najwcześniejsze wspomnienie, jakie mam z tego samego teatru, to przedstawienie „Mio, mój Mio”. Niewiele pamiętam poza tym, że po pierwsze, jedna z postaci unosiła się w powietrzu, co było dla mnie wtedy absolutnym szokiem i olśnieniem. Po drugie, że bardzo zły rycerz Kato miał serce z kamienia i bały się go wszystkie dzieci. Połączenie zachwytu z trwogą.
Wojciech: Czyli trauma.
Marcin: (Śmiech). Tak… Właściwie to mnie ukształtowało.
Wojciech: Ja z kolei, również w podstawówce, przyjechałem z Mrągowa na kolonie do Warszawy, gdzie zabrali nas, młodych szczawi, do Teatru Ateneum na „Bal manekinów” w gwiazdorskiej obsadzie. Pamiętam tylko wielkiego Mariana Kociniaka, z którym potem byłem per Maniek. Tajemniczość i magia to właściwie jedyne, co wtedy zarejestrowałem, ale myślę, że i tak bardzo dużo jak dla człowieka, który nigdy nie był w teatrze. To był mój pierwszy raz. U nas w Mrągowie, w przeciwieństwie do Tarnowa, nie ma teatru.

– Gdzie zobaczyliście się Panowie po raz pierwszy na scenie?
Wojciech: Marcina zobaczyłem w bufecie Teatru Narodowego. Było już wiadomo, że Marcin Hycnar będzie grał u Jarockiego.
Marcin: Dyrektor jeszcze grywał w Narodowym, między innymi Tartuffe’a, i chyba najczęściej spotykaliśmy się, kiedy na dużej scenie był grany „Tartuffe”. Podziwiałem Wojtka jako młody człowiek marzący o tym, żeby tak grać i móc się spotykać w takim układzie towarzyskim oraz aktorskim.
Wojciech: Moim zdaniem najlepiej poznaliśmy się, kiedy graliśmy w Teatrze Syrena przedstawienie „Lawrence & Holloman” (premiera w 2011 roku – przyp. red.), bośmy mogli na sobie sprawdzać nasze wyobraźnie i temperamenty.
Marcin: To było dwuosobowe przedstawienie w reżyserii Grzegorza Chrapkiewicza, więc byliśmy zdani wyłącznie na siebie. Założenie było takie, że aktorzy robią wszystko, łącznie ze zmianami scenografii, więc właściwie byliśmy pozostawieni sami sobie.
– No i pięknie. Siedzimy w gabinecie dyrektorskim Teatru Współczesnego. Czyj to był pomysł, żeby razem tu „wylądować”?
Wojciech: Chyba mój bardziej, ale nie po to mówię, żeby się chwalić…
Marcin: …impuls faktycznie wyszedł od Wojtka. Nie jest tajemnicą, że Wojtek zrobił tutaj dwa przedstawienia, ja popełniłem jedno, i zespół, który wiedział, że dyrektor Maciej Englert po ponad 40 latach powoli szykuje się do odejścia i zostanie ogłoszony konkurs, sondował, czy któryś z nas miałby ochotę wziąć w nim udział. Podczas jednej z naszych rozmów telefonicznych padło pytanie: „Co ty o tym myślisz? Idziesz tam?”. Wojtek powiedział: „Sam raczej nie”. Ja podobnie, że sam też raczej nie. I wtedy Wojtek zapytał: „A może spróbowalibyśmy w duecie?”. Od razu zrobiło się raźniej.
– Współczesny to teatr legenda. Trzydzieści dwa lata kierował nim Erwin Axer, a kolejne 43 – Maciej Englert. Wahaliście się? Baliście się czegoś?
Wojciech: Ja się nie boję od czasu, kiedy zagrałem Hamleta jako swój debiut. A wtedy też się nie bałem, raczej ciężko pracowałem i robiłem wszystko, żeby się udało. Wydaje mi się, że teraz też tak jest.
Marcin: To chyba nie jest kwestia strachu czy lęku. Pan dyrektor Englert kierował tą instytucją ponad 40 lat, w związku z tym jasne było, że ta zmiana dla wszystkich będzie znaczącym wydarzeniem. Każda zmiana wiąże się z pewnymi nadziejami i obawami. Trzeba było zagospodarować te emocje.
Wojciech: Obaj pojawiliśmy się spoza zespołu. Moim zdaniem tak jest lepiej, bo mamy bardziej obiektywne spojrzenie na wiele spraw. Niektóre nas zaskakują, a z niektórymi, gdybyśmy byli stąd, musielibyśmy albo się pogodzić, albo przez sentyment nie umielibyśmy się rozstać. A tak po prostu jest gruba kreska. Zaczynamy w to miejsce wprowadzać swoją wizję. Robimy to – mam nadzieję – bezpiecznie dla wszystkich, bo nie jest nam potrzebna rewolucja, tylko ewolucja.
Czytaj również: Z żoną jest od ponad 30 lat, adoptowali dwójkę dzieci. Wojciech Malajkat oddał im serce, ograniczył dla nich pracę
Cała rozmowa do przeczytania w nowej VIVIE!. Magazyn dostępny w punktach sprzedaży od czwartku, 15 stycznia.

Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby Instagram i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.