Rok temu w Vivie! mówili: "Tak mało by brakowało". Dziś Natalia Kukulska i Michał Dąbrówka świętują 26. rocznicę ślubu
Natalia Kukulska opublikowała w sieci wzruszający post z okazji 26. rocznicy ślubu z Michałem Dąbrówką. Ich historia to dowód, że miłość może trwać i rozkwitać nawet w świetle reflektorów.

- Katarzyna Przybyszewska-Ortonowska
- , Marcjanna Maryszewska
Gdy miała 26 lat, była już jego żoną. Dziś – dokładnie w dniu 26. rocznicy ślubu – wróciła do tamtego momentu, publikując wspólne zdjęcie sprzed lat. Wspomniała o marzeniach, o Hollywood, którego – jak żartobliwie zauważyła – może nie udało się podbić, ale wciąż "podbijają stawkę", jeśli chodzi o staż małżeński.
Natalia Kukulska i Michał Dąbrówka. Historia miłości, która zaczęła się od muzyki
Natalia Kukulska i Michał Dąbrówka poznali się w latach 90. w środowisku muzycznym. Ona – jedna z najzdolniejszych wokalistek swojego pokolenia, on – ceniony perkusista i muzyk sesyjny. Najpierw była współpraca, wspólne koncerty i próby. Z czasem pojawiła się bliskość, która okazała się czymś znacznie więcej niż artystycznym porozumieniem.
Ślub wzięli 12 lutego 2000 roku. Byli młodzi, zakochani i – jak sami wielokrotnie podkreślali – świadomi, że wchodzą w życie wymagające kompromisów. Ich relacja od początku opierała się na partnerstwie. Michał nie tylko towarzyszył Natalii na scenie, ale też wspierał ją w momentach zawodowych przełomów i prywatnych wyzwań.
W świecie, w którym związki gwiazd często nie wytrzymują presji popularności, ich historia zaczęła budzić podziw.
Natalia Kukulska opublikowała zdjęcie z okazji 26. rocznicy ślubu
Z okazji 26. rocznicy ślubu Natalia Kukulska opublikowała w mediach społecznościowych osobisty wpis. Wspomniała wspólne lata, zestawiając zdjęcie sprzed ćwierć wieku z dzisiejszą perspektywą. "Nasze zdjęcie z Miśkiem, gdy miałam 26 lat, a dzisiaj obchodzimy 26. rocznicę naszego ślubu" – napisała.
W kilku zdaniach zawarła esencję ich relacji: wspólne marzenia, ambicje, poczucie humoru i wdzięczność za drogę, którą przeszli razem. "Za nami Hollywood, którego może nie udało się podbić, ale podbijamy cały czas stawkę, jeśli chodzi o nasz staż. A co!" – dodała z charakterystycznym dla siebie dystansem. Najważniejsze jednak były ostatnie słowa: "Wierzę w nas".
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby Instagram i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Z okazji rocznicy ślubu Natalii Kukulskiej i Michała Dąbrówki przypominamy wywiad, który ukazał się w magazynie VIVA! w lutym ubiegłego roku. Z parą artystów rozmawiała Katarzyna Przybyszewska-Ortonowska.
– Miłość, małżeństwo, muzyka… Tak się zastanawiam, od czego powinniśmy zacząć Waszą historię?
Michał: Wszystko zaczęło się od muzyki.
Natalia: Był rok 1997. Kiedy w sierpniu wygrałam festiwal w Sopocie, młody producent muzyczny, z którym zaczęłam współpracę, Wojtek Olszak przyszedł do mojej garderoby i oznajmił: „Zespół Woobie Doobie jest gotowy, żeby z tobą nagrywać”. „To wspaniale”, powiedziałam, bo marzyłam, by kolejną płytę zrobić z najlepszymi muzykami, a do takich należeli muzycy, którzy grali w tym zespole. Album „Puls” nagraliśmy błyskawicznie i w zasadzie w tym studio nagraniowym minęliśmy się z Michałem. Ale wtedy uświadomiliśmy sobie, że to jednak nie było nasze pierwsze spotkanie…
Michał: Pięć, może sześć lat wcześniej przypadkowo spotkaliśmy się w Zakopanem.
Natalia: Tuż przed powrotem z zimowych ferii siedziałam w pizzerii na Krupówkach z przyjaciółkami, Patrycją Woy i jej siostrą Dominiką. Do restauracji wszedł Michał ze swoją ówczesną dziewczyną, która była koleżanką sióstr. Po wspólnym obiedzie cała grupa odprowadziła mnie na pociąg. Michał nawet zaproponował, że poniesie mój plecak na stelażu…
Michał: …który nie był lekki… zresztą, nieźle mi się za to dostało… Dziewczyna zrobiła mi takie wyrzuty, jakby coś przeczuwała. Tak czy inaczej, wtedy dowiedzieliśmy się o swoim istnieniu.
– Nagrywając płytę „Puls”, minęliście się w studio, potem były wspólne trasy koncertowe, a po dwóch latach…
Natalia: …polecieliśmy na koncerty do USA.
Michał: I ten wyjazd nas połączył. Pamiętam, że był okropny upał, nie dało się w ogóle wyjść z hotelu. Któregoś dnia wybraliśmy się na plażę, by po kilku chwilach z podkulonymi ogonami wrócić do klimatyzacji. Przez dwa tygodnie więc siedzieliśmy w basenie, graliśmy w gry, wygłupialiśmy się i słuchaliśmy muzyki. Jedna wielka impreza.
Natalia: I nagle okazało się, że lubimy razem spędzać czas. Lubimy ze sobą rozmawiać, bawić się i po prostu być.
Michał: Coś nas niewiarygodnie do siebie przyciągało…
Natalia: Nie było tajemnicą, że od siedmiu lat byłam w związku z Rysiem, który pisał dla mnie teksty i który też był częścią naszej ekipy. Ale życie zaskakuje… Zrozumiałam, że moje serce jest w rozterce i muszę podjąć decyzję. Była to jedna z najtrudniejszych decyzji w życiu. Z Rysiem byliśmy parą od początku czasów licealnych, w zasadzie zaczynaliśmy, jak byliśmy dziećmi. W tym czasie człowiek się kształtuje i zmienia, i niewiele wie o sobie. To był trudny czas.

– Pamiętacie film Clinta Eastwooda „Co się wydarzyło w Madison County”? Tam pada takie piękne zdanie o miłości, że „tego rodzaju pewność ma się tylko raz w życiu”.
Michał: Nie miałem wątpliwości. To było tak silne uczucie, że ono mnie wręcz wykoleiło. Byłem wtedy zachłyśnięty muzyką, sfokusowany, żeby się rozwijać, ćwiczyć, stawać się coraz lepszym muzykiem, i romansowanie było – przyznam szczerze – na drugim planie. Śmieję się, że byłem w zakonie, a ćwiczenie na instrumentach było dla mnie rodzajem medytacji. Mogłem nie wychodzić z ćwiczeniówki, tylko granie się liczyło. Czułem, że się rozwijam, i były tego owoce. Kiedy musical „Metro” w pierwszym składzie poleciał podbijać Broadway, w Teatrze Dramatycznym powstał drugi skład, w którym dostałem swój pierwszy angaż. To był superstart, bo jeszcze ucząc się w szkole muzycznej, miałem możliwość sprawdzenia się na profesjonalnej scenie. Wkrótce potem koncertowałem i nagrywałem płyty z Robertem Janowskim, Kasią Kowalską, Edytą Górniak, Andrzejem Piasecznym. Grałem też z muzykami jazzowymi: Michałem Urbaniakiem, Krzysztofem Ścierańskim i innymi… Bo z tego środowiska wyszedłem… Więc działo się dużo. I nagle dostałem strzałą Amora prosto w serce. Silną strzałą, płonącą…
– Natalia, Ty też byłaś wtedy u szczytu swojej kariery…
Natalia: Wypełnialiśmy olbrzymie hale koncertowe, cała Polska śpiewała moje piosenki. Zdarzało się, że w empikach straż pożarna pilnowała, by ludzie nie powybijali szyb. To był szał, a ja czułam, że fani są tam dla mnie, a nie dla mojej mamy, co wcale nie było takie oczywiste. Udało mi się zapracować na własny sukces i wyjść ze statusu bycia „córką znanych rodziców”. Pierwsza płyta „Światło” zyskała status złotej, ale już „Puls” pokryła się podwójną platyną. Piosenki „W biegu” i „Im więcej ciebie, tym mniej” były grane w radiach na okrągło. Na trasie „Pulsu” agencja koncertowa przedstawiła mi postawnego mężczyznę: „To jest Robert, będzie twoim ochroniarzem”. „Ale jak to ochroniarzem? Co to znaczy?”, spytałam oszołomiona. „Będzie ci wszędzie towarzyszył”. Nagle poczułam się jak Whitney Houston. Miałam 21 lat, kiedy zaczęłam budować własny dom w Komorowie. Masz rację, mówiąc, że byłam wtedy u szczytu. I choć miałam apetyt na więcej, czułam się spełniona, bo odniosłam sukces. Myślę, że byliśmy wtedy z Michałem w podobnym momencie.
Michał: Ze Stanów wróciliśmy do Polski znów w wir koncertów, ale już zainfekowani uczuciem.
Natalia: Zaczęliśmy się do siebie zbliżać. „Bliżej, bliżej…”, jak śpiewam w moim nowym singlu. A gdy koncerty się skończyły, poczuliśmy pustkę. Zrozumieliśmy, że nie potrafimy wytrzymać bez siebie nawet kilku dni. „Ty się zakochałaś”, powiedziała moja przyjaciółka Patrycja, jak tylko spojrzała mi w oczy. Po prostu płonęły. Sami nie umieliśmy sobie z tym poradzić. Pamiętam, jak poszliśmy na spacer po koncercie w Nowym Targu, by poważnie porozmawiać. Michał był nieźle uzbrojony. Miał na sobie spodnie bojówki, takie z kieszeniami, a do każdej z nich włożył po butelce piwa… chyba, by dodać sobie odwagi.
– Nie czuliście strachu przed miłością?
Michał: Uczucie było tak silne, że nic się nie liczyło. Nie kalkulowaliśmy. Gdy Natalia powiedziała, że chce, byśmy mieli dziecko, to było przełomowe i kluczowe.
Natalia: Poczułam to niezwykle mocno, pragnęłam owocu tej miłości.
Michał: A ja zrozumiałem, że ten wózek już ruszył, rozpędził się na dobre. Nadszedł czas na poważną życiową decyzję.

– 12 lutego 2000 roku o godzinie 18 w małym kościółku w Komorowie wzięliście ślub.
Michał: Kto bierze ślub w lutym? Zima, zimno, mróz, śnieg… Ale w drodze był już Jasio i babcia Natalii, Halinka naciskała, żeby „wszystko było po bożemu”, w odpowiedniej kolejności.
Natalia: Żeby nie było wątpliwości, choć nie lubię tego słowa, Jasio nie był „wpadką”. Był naszym świadomym wyborem.
Michał: Po tym rollercoasterze emocji wszystko weszło na właściwe tory.
Natalia: Miałam 24 lata, Michał 28. Zakotwiczyliśmy. Ten ruch był zaskakujący nawet dla naszego otoczenia, a tym bardziej dla mediów.
Michał: Dlatego próbowaliśmy się nie afiszować ze ślubem przed mediami… Nasz ślub był skromny, ale dla nas wzruszający. Chcieliśmy intymności.
Natalia: Co się oczywiście nie udało. Paparazzi przez zakrystię dostali się do kościoła. Następnego dnia wylądowaliśmy na okładce „Super Expressu”. Na zdjęciu klęczeliśmy przed ołtarzem, a nagłówek brzmiał: „Gwiazda i bębniarz” (śmiech).
– Widziałam zdjęcia z tego dnia. Pięknie wyglądaliście…
Natalia: Mało mamy zdjęć pozowanych, dosłownie kilka… Tuż przed uroczystością Jacek Poremba zrobił nam fotografie starą techniką i aparatem, jakim robiło się zdjęcia jeszcze przed wojną. Mają klimat, ale ich robienie trwało dłużej, niż myśleliśmy, przez co lekko spóźniliśmy się na własny ślub…
Michał: Zwłaszcza że kierowca auta wpadł na pomysł, by zgubić ogon paparazzich, i sam się zgubił w uliczkach.
Natalia: Kościół był pełen przyjaciół. Również muzycznych. Zaśpiewał nam Mietek Szcześniak, a akompaniował Marcin Pospieszalski. Moja przyjaciółka Viola Śpiechowicz zaprojektowała mi zimową suknię ślubną. Jej wykończenie było pikowane, z długim rękawem i na dole jakby z kołem. Byłam oszołomiona, więc mało pamiętam ze składanych nam życzeń. Ale nie zapomnę, jak dowcipny przyjaciel mojego taty, grafik Kuba Erol, widząc sukienkę, zapytał: „Natalka, czy hula-hoop ci spadło?”. A do Michała powiedział: „Dbaj o nią, bo jak nie, to ci przypierdolę” (śmiech).
– Skoro to się nie stało, znaczy, że rzeczywiście dbasz o Natalię. Michał, czy z rodzinnego domu wyniosłeś poczucie, że najważniejsza w życiu jest miłość?
Michał: Wychowałem się w Łaskarzewie, małym mieście niedaleko Garwolina, gdzie mieszkała nasza liczna rodzina. Pamiętam z dzieciństwa wielkie rodzinne imprezy i podświadome uczucie, że rodzina to nadrzędna wartość. Moi rodzice brali czynny udział w życiu społecznym i kulturalnym miasta. Ojciec miał zespół, który grał na okolicznych imprezach, zabawach i weselach. Mama, a wcześniej babcia śpiewały w chórze kościelnym, a dziadek grał na mandolinie i akordeonie.
– Czyli muzyczną pasję masz w genach.
Michał: Nawet ostatnio dogrzebałem się do kaset dyktafonowych, na których mój dziadek nagrał 126 piosenek. Miał wtedy prawie 90 lat i wszystkie zaśpiewał z pamięci. Chociaż jestem jedynakiem, wychowałem się z ciotecznym rodzeństwem i wiedziałem od dziecka, że rodzina to baza.
Natalia: Ja też to wiedziałam, choć moja sytuacja była zupełnie inna. Tata po śmierci mamy szukał miłości. Nawet sam o sobie mówił, że jest „poszukiwaczem” (śmiech). Szukał też kobiety, która stworzyłaby dla mnie dom. Nie udało się to. Ożenił się, ale to małżeństwo było dla mnie antymodelem rodziny. I widząc, jak tata cierpi, miałam w głowie, że moja rodzina i dom taki być nie może. Dla mnie rodzina to baza wyjściowa, bliskość i poczucie bezpieczeństwa. Jako artystka jestem osobą poszukującą, odważną. Nie boję się eksperymentów…
– …co pokazałaś nieraz, robiąc muzyczne i wizerunkowe wolty…
Natalia: …ale kiedy wali się ta podstawa, nie umiem pisać piosenek. Strach mnie paraliżuje i nie widzę sensu pracy. Owszem, zbieram te emocje, refleksje i po czasie daję im ujście w tekstach. Można znaleźć ich sporo na albumie „Dobrostan”. Bo droga do dobrostanu bywa kręta. Mówi się, że największe dzieła powstają, kiedy ludzie są nieszczęśliwi. To w żadnym stopniu mnie nie dotyczy. Ja tak nie mam.
– Masz więc szczęście, bo na brak weny nie narzekasz…
Natalia: Nigdy o tym nie mówiliśmy, ale skoro przeżyliśmy razem tyle lat, możemy przyznać – uczciwie – że nasze wspólne życie z Michałem nie zawsze było sielanką. Media podkreślają, że taki staż to wyczyn, zwłaszcza w naszej branży, świecie show-biznesu, i często dają nas za przykład idealnej pary. Ale były kryzysy. Były trudne momenty. Oczywiście wolelibyśmy, by ich nie było, ale w pewnym sensie one nas też zbudowały. Jesteśmy razem 25 lat. Większość naszych znajomych par rozstała się po drodze. Było to trudne, bo przyjaźniliśmy się, tworzyliśmy wakacyjne paczki, nasze dzieci się przyjaźniły i teraz, kiedy się spotykamy, powstają pewne niezręczności.
– Pamiętacie, kiedy do Was zapukał pierwszy kryzys?
Michał: Może to nie był kryzys między nami, ale pięć lat po ślubie miałem epizod depresji, który trochę zaburzył poczucie szczęścia i sielanki, jakie do tamtej pory nam towarzyszyło. Nie wstydzę się dziś do tego przyznać. Byłem w dziwnym stanie, tkwiłem w smutku i lęku, zastanawiałem się, co się dzieje z moją głową. Na początku myślałem, że to jesienna chandra, spadek nastroju, normalny w naszym klimacie. Ale to nie mijało. Zacząłem szukać pomocy. Przeczytałem stosy książek, by dowiedzieć się, czym jest depresja. Ludzie wstydzą się o tym mówić, bo myślą, że depresja jest chorobą psychiczną, a w dzisiejszych czasach co trzeci człowiek ma depresję. Musiałem nauczyć się z tym żyć i zrobić wszystko, by przetrwać. Do tej pory żyliśmy trochę jak w bańce. Myśleliśmy, że będzie to trwać wiecznie. Że zawsze będzie wszystko dobrze i będziemy się tylko pozytywnie nakręcać. Niestety…
Natalia: Michał zamknął się w sobie, a ja wszystko brałam do siebie. „Nie jesteś szczęśliwy?”, pytałam. „O co ci chodzi? Dlaczego?”. Dziś uważam, że jeśli jedna osoba w związku ma depresję, druga też powinna mieć wsparcie terapeutyczne, by właściwie czytać pewne sygnały, a nie obciążać się złymi myślami, bo z tego też rodzą się konflikty.
Michał: Wtedy bardzo pomógł mi Jarek, tata Natalii. Właśnie zaczął mieć problemy ze zdrowiem i ktoś polecił mu seanse akupunktury. Zaciągnął mnie na tę akupunkturę. To mnie uratowało.
Natalia: Pięć lat później, w 2010 tata zmarł, a sześć lat po tacie odeszła babcia. Wtedy zrozumiałam, że wielką próbą dla związku jest przetrwanie takich momentów, kiedy wali się cały system rodzinny. Miłość, którą miałam dla taty czy babci, sprawiła, że nie potrafiłam odciąć przeszłości. Bardzo długo tkwiłam w żałobie. Przez rok, może nawet dłużej co tydzień jeździłam do taty na cmentarz. W końcu zdałam sobie sprawę, że dla dobra samej siebie i rodziny nie mogę żyć przeszłością. Po latach sięgnęłam nawet do ustawień hellingerowskich. Bo przeszłość zabierała mnie w złą stronę, wpędzała w destrukcję… Zamiast być po stronie życia i rodziny, którą stworzyłam, moje uczucia i tęsknota utkwiły w przeszłości.
– To nie był Wasz ostatni kryzys…
Michał: Jakiś czas później miałem dwie kontuzje, najpierw złamałem bark, potem doszły problemy z nogą. Z tego powodu długo nie mogłem grać na perkusji.
Natalia: To pogrążyło Michała. Stracił poczucie własnej wartości. I już nie miało znaczenia, że jest guru dla innych perkusistów, że tyle już zrobił i dokonał. Sam przed sobą codziennie musiał się sprawdzać, jak sportowiec. Nie mogłam na to patrzeć. Żył tylko tym, a ja myślałam o wszystkim. W jakimś sensie byłam zazdrosna o proporcje. „Halo!”, pytałam. „Gdzie my jesteśmy w twoim życiu? Czy tylko muzyka się liczy? Czy my nie jesteśmy ważni?”.
– Czyli coś, co Was połączyło, stało się nagle destabilizatorem Waszego życia?
Michał: Zagubiłem się, zatraciłem kontakt z rzeczywistością. Poczułem się zagrożony. Przecież wszystko, co osiągnąłem, osiągnąłem dzięki muzyce. Na tym zbudowałem swój świat. I czułem, że mogę to stracić. Wszedłem w ślepą uliczkę. Musiałem przejść długi proces nauczenia się, że nie można opierać swojego życia na kruchym fundamencie.
Natalia: A ja znów czułam się odrzucona.
– Czy w momentach kryzysowych potrafiliście rozmawiać ze sobą?
Michał: Próbowaliśmy, szukaliśmy rozwiązań, jak wyjść z problemów. Nie umiałem tak łatwo mówić o emocjach jak Natalia. W pewnym momencie posłużyliśmy się pomocą terapeutki, chcąc wyjść z impasu.
Natalia: Dla mnie rozmowa jest podstawą. Nigdy nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego ludzie się kłócą. Nasz związek długo był bezkonfliktowy. Obowiązkami dzieliliśmy się na pół. Dziś możesz ty, jutro mogę ja. Z szacunkiem i z miłością. Nie spodziewaliśmy się, że proza życia, przytłaczająca ilość obowiązków, nieprzepracowane problemy mogą nas tak zdestabilizować. Kiedy na świecie była już trójka dzieci, Jaś, Ania i Laura, a każde wymagało innej atencji, naturalnie doszło dużo obowiązków. Do tego budowa domu-studia. Niby w stronę marzeń… Rodzina stała się instytucją, a jednocześnie nadal chcieliśmy się rozwijać jako artyści. Zaczęło się od muzyki, a teraz ta pasja obróciła się przeciwko nam. Dwóch perfekcjonistów, pasjonatów, przez to pracoholików i tysiące prozaicznych spraw…
– Trudne pytanie Wam teraz zadam. Czy któreś z Was chciało odejść?
Natalia: „Mało by brakowało”… Posłużę się cytatem z mojej piosenki „Jenga”, w której metaforycznie opowiadam o uważności i delikatności w związku. To jedna z moich najbardziej osobistych piosenek na płycie „Dobrostan”. Jenga to gra, w której z drewnianej wieży zbudowanej z klocków gracze kolejno usuwają po jednym elemencie, tak by nie naruszyć konstrukcji, by się nie zawaliła. Porównałam konstrukcję relacji, związku do tej jengi. To też o sztuce balansu. „Niby wszystko jest w porządku, lęk wygrzewa się na słońcu/ Lecz myśli uciekają w cień/ Niby nic mnie już nie rusza/ Hartowałam tego ducha/ Więc czemu cała drżę/ Przecież tak mało by brakowało, by skończył się nasz wspólny rejs/ Tak mało by brakowało, by poddać się, bez walki zejść”. I rzeczywiście, w naszym związku było już o włos… Po pandemii, całkiem niedawno dopadł nas najpoważniejszy kryzys. Michał od rzeczywistości i problemów szukał różnych ucieczek. Najpierw było to granie, pasja, też pewnie alkohol… I odpowiadając na twoje pytanie, naprawdę czułam, że grozi nam rozstanie, choć nie dopuszczałam do siebie tej myśli. Byłam bezsilna. Na szczęście nie padło o jedno słowo lub gest za dużo. I ten klocuszek z jengi, który zawala konstrukcję, nie został wyjęty. Choć byliśmy na granicy, jakimś cudem nam się udało. W emocjonalnym i pełnym symboli teledysku do „Jengi”, który wyreżyserowała nasza przyjaciółka, o której była już nieraz mowa, Patrycja Woy, pojawia się metafora z japońskiej sztuki kintsugi, gdzie rozbity wazon składa się w całość przy użyciu złotego lakieru, uzyskując nową jakość po stracie. Nam udało się tak poskładać nasz związek. Chcę wierzyć, że wszystkie rzeczy trudne są po coś.
– „Bezdomni bez siebie”, kolejna Twoja piosenka o miłości. Potraficie bez siebie żyć?
Natalia: Na pewno nie potrafimy funkcjonować normalnie, kiedy jest między nami nie tak, jak być powinno.
Michał: Miewamy ciche dni…
Natalia: I ja ich nie znoszę. I znów słowa mojej piosenki: „Kochaj, jakby dzień był tym ostatnim dniem… Kto wie, ile przed nami jest”. I teraz przypomniała mi się taka rzecz. Kiedy moja mama ten ostatni raz wylatywała do Stanów, byli z tatą pokłóceni. Pamiętam, jak po latach w jakimś wywiadzie tata przyznał: „Gdybym wiedział, że cokolwiek się przytrafi, to nie potraktowałbym Ani w tak oschły sposób, gdy zadzwoniła po raz ostatni”. Dlatego nie chcę tych cichych dni, chcę jak najszybciej czyścić złe emocje… A Michał czasami się zamyka. Jak sam mówi, wchodzi do studni.
– Czyli w Waszym związku Michał jest bardziej introwertykiem, a Ty ekstrawertyczką?
Natalia: Tak, muszę wszystko wygadać, a jego to, podejrzewam, męczy i przytłacza. Michał woli bez słów. Najlepiej to tak przytulić się po drodze, uszczypnąć i wszystko się jakoś rozwieje. To też jest fajne. Tylko ja, jako osoba bardziej skomplikowana, kobieta, muszę wszystko rozdłubać na części i wyjaśnić. W tej piosence, którą wspomniałaś, „Bezdomni bez siebie”, są takie słowa: „Łatwo tak zamknąć za sobą przeszłość, posprzątać z wierzchu, zrzucić wszystkie okruchy pod stół/ Łatwo zejść z drogi, gdy pełna jest przeszkód, rozdzielić kreską, świat podzielić na pół”. I później: „Wytłumacz to sercu, jest ciągle na miejscu, tu”.
Michał: Nie jest sztuką po prostu się rozstać, sztuką jest pokonać problemy.
– Rozmawiamy o Was. Ale Wasz związek to też dzieci. I szybko się pojawiły…
Michał: Tak jak mówiliśmy, Jasiek, choć byliśmy bardzo młodzi, był absolutnie zaplanowany, tak jak Ania. Za to nasza najmłodsza córka Laura zrobiła nam niespodziankę.
Natalia: Po tylu latach, wydawałoby się, doświadczenia nie spodziewaliśmy się, że można być jeszcze zaskoczonym w tej dziedzinie (śmiech).
Michał: Pamiętam, że zanim to się wydarzyło, rozmawialiśmy z Natalią na temat przemijania. Że dzieci już są duże, że za chwilę wyfruną i już nie będziemy w tym składzie… I ta myśl nas przytłaczała.
Natalia: W tamtym czasie zaczęłam pracę z Moniką, moją menedżerką, i moje życie zawodowe nabrało tempa. Stwierdziłam, że kramik produkcji „małych Dąbrówków” jest już zamknięty, dzieci są odchowane i teraz czas zrobić coś dla siebie. Bo to ostatni moment, kiedy możemy na siebie postawić. I dokładnie wtedy pojawiła się Laura…
Michał: Po pierwsze, stała się „spoiwem”, kiedy zdarzały się kryzysy. Wprowadziła nową energię w rodzinę. Często łapię się na tym, że patrzę na Laurę jak na jakiś cud świata. Nie wyobrażam sobie, że mogłoby jej nie być.
– Czy miłość zmienia się wraz z upływem lat?
Natalia: My się zmieniamy. Myślę, że ludzie się rozstają, bo się po prostu zmieniają. Zmieniają nas sytuacje, doświadczenia, przeżycia. Zmieniamy poglądy. My też w międzyczasie zweryfikowaliśmy ich wiele. Ale odwróciłabym to pytanie. Nieważne, co się zmienia, ważne, co się nie zmienia.
– Więc co się nie zmienia?
Natalia: Właśnie uczucie.
Michał: Zmiany są nieuniknione. Nawet dziś jesteśmy świadkami globalnej zmiany. Byliśmy przez lata pewni jakiegoś politycznego układu, a teraz na naszych oczach on rozpada się jak domek z kart. Żeby w tym wszystkim się nie zatracić, nie zwariować, trzeba mieć bazę. Naszą bazą jest rodzina…
Natalia: …i muzyka, choć już wiemy, że ona też może obrócić się przeciw nam.
– Siedzimy teraz i rozmawiamy w Waszym studio nagraniowym, które niedawno wybudowaliście.
Michał: I ta budowa przez lata była też źródłem naszych kryzysów. Nie bez przyczyny mówi się, że budowa czy remont domu często prowadzą do rozwodu.
Natalia: A jak para przeżyje budowę, to już wszystko przeżyje (śmiech). Ta budowa trwała siedem lat i zżarła nam mnóstwo nerwów i pieniędzy. Kiedy w ubiegłym roku na poprzednie święta wjechał wymarzony fortepian, popłakałam się ze szczęścia. A mieliśmy już momenty, gdy chcieliśmy się poddać.
Michał: Ja już chciałem postawić płot oddzielający studio od naszego domu i wszystko sprzedać albo na pewnym etapie zalać wodą i zrobić basen.
Natalia: Michał, kiedy pojawiają się przeciwności losu, załamuje się. Ja walczę. Ale ta budowa była dla nas lekcją, że rzeczy materialne nie są ważne. Że tak naprawdę potrzebujemy tylko siebie. I nie możemy pozwolić, by naszą relację niszczyła proza życia.
Michał: Przeczytałem wiele książek o filozofii Wschodu. Rzeczy materialne nie powinny mieć na nas wpływu. Co z tego, że zbudujemy piękny dom, skoro za chwilę przyjdzie wiatr i to wszystko rozwieje. Nie możemy na tym opierać swojego życia.
– Jesteście razem 25 lat. Czujecie upływ czasu?
Natalia: Nie czujemy, kiedy te lata minęły… Czas to jest jednak wielkie oszustwo. Żyjemy w bardzo intensywnej podróży, w której oczywiście robimy sobie jakieś przecinki. Są etapy: dzieci, praca, wakacje, nagrania czy koncerty. Życie. Muzyka wyznacza nam rytm. Ale też konserwuje. Koncerty grywam z muzykami, którzy są w wieku naszego syna Jaśka. Prowadzimy otwarty dom. Jasiek po studiach muzycznych wrócił do domu. Razem ze swoją narzeczoną mieszka z nami, Ania też po roku studiów w Londynie wróciła do Polski i do domu. Laura jest jeszcze mała. Drzwi się nie zamykają. Przychodzą znajomi dzieci, Jasiek z kolegami gra w naszym studio, wszyscy mówimy sobie po imieniu i to też sprawia, że wciąż czujemy się młodzi.
Michał: Podobno najbardziej konserwuje kreatywne myślenie, a my cały czas jesteśmy w procesie twórczym.
– Michał, co najbardziej fascynuje Cię w Natalii?
Michał: To, że nie boi się nowych wyzwań i marzeń i konsekwentnie je spełnia. Z Natalią nie ma nudy. Jestem jej wdzięczny, że potrafi to nasze życie ogarniać wielopoziomowo. Ja potrafię odlecieć, a ona o wszystkim pamięta.
– A Ty, Natalio? Co najbardziej cenisz, kochasz w Michale?
Natalia: Na pewno jakiś taki rodzaj obiektywnej oceny sytuacji. Ja jestem histeryczką, Michał potrafi na pewne rzeczy spojrzeć z dystansem. Imponuje mi jego talent do muzyki, nieustannie mnie inspiruje. Uwielbiam też jego abstrakcyjne poczucie humoru. Myślę, że bez niego byłoby nam o wiele trudniej. Nadal potrafimy się razem śmiać. A to jest bardzo ważne.
– Gdzie będziecie za 20 lat?
Natalia: Chciałabym, byśmy byli dokładnie w tym miejscu. Mamy mnóstwo planów muzycznych i nowych wyzwań przed sobą, nie tylko jako muzycy, ale również producenci i promotorzy. Longplay, nazwa naszego studia, jest w pewnym sensie metaforą. Długogrająca płyta odnosi się do naszego życia. Jesteśmy długodystansowcami.
Michał: Uwielbiam nasze rodzinne życie i chciałbym, by w tej materii nic się nie zmieniało. Cieszy tłum w jadalni, nasze dzieci, moi rodzice, przyjaciele, dwa psy, dwa koty… Czasem patrzę na to wszystko i myślę: Jakie ja mam szczęście, że mam wokół siebie takich cudownych ludzi. To, że nasze dzieci wróciły do domu, świadczy o tym, że jest w nim fajna atmosfera.
Natalia: I wszyscy mamy wspólną pasję i wrażliwość. Muzyka jest pięknym spoiwem.
– À propos muzyki i związku, macie swoją piosenkę?
Michał: Mamy kilka utworów związanych z początkiem naszej miłości. Na pewno piosenka zespołu Yellowjackets „Even the Pain”. Ilekroć ją słyszę, mam ciarki i przypominają mi się nasze ukradkowe spojrzenia, to rodzące się uczucie.
Natalia: Ostatnio napisałam piosenkę pod tytułem „Próba”, która jest jak afirmacja i idealnie pasuje do naszej historii. Jej refren brzmi: „Na szczęście mamy to za sobą. Nic się nie może stać. Chociaż niełatwą szliśmy drogą, wszystko, co złe, już nie dotyczy nas”.
