Najtrudniejsze życiowe próby jej nie złamały. Poruszające wyznanie legendy polskiego teatru: "Wcześnie zaczęłam doceniać każdy dzień"
Maja Komorowska wie, że życie potrafi boleśnie doświadczać, ale nie odbierać sensu. Wszystkie próby nauczyły ją uważności i empatii. W rozmowie dla „Twojego Stylu” aktorka opowiada o optymizmie, który nie obiecuje szczęścia, lecz pozwala przetrwać – dzięki drobnym gestom, pracy i świadomym wyborom każdego dnia.

Maja Komorowska wie, że życie potrafi zabrać bardzo dużo. Choroba i strata bliskich, bliskość cierpienia, które dotyka najmłodszych, i świadomość przemijania towarzyszyły jej przez lata. A jednak w jej opowieści nie ma zgody na rozpacz. Jest uważność. Jest empatia. Jest decyzja, by nie zamykać się na świat, nawet wtedy, gdy boli najbardziej. W rozmowie dla Twojego Stylu aktorka mówi o optymizmie, który nie obiecuje szczęścia, ale pozwala przetrwać. O sile drobnych gestów, o sensie codziennych wyborów i o tym, że czasem jedynym, co naprawdę można zrobić, jest spróbować ocalić jeszcze jeden dzień.
Maja Komorowska – w najtrudniejszych chwilach szuka pozytywów
Optymizm Mai Komorowskiej nie jest łatwą obietnicą ani ucieczką od rzeczywistości. Jej sposób patrzenia na świat wyrasta z uważności – na ludzi, na drobne gesty, na chwilę obecną, która często bywa jedynym pewnym punktem. To optymizm dojrzały, wypracowany, oparty nie na zaprzeczaniu złu, lecz na świadomej decyzji, by mimo wszystko robić to, co możliwe, tu i teraz. „Staram się szanować każdy dzień, nie zawieść siebie. Zawsze można zrobić coś dobrego”, mówi w rozmowie z Twoim Stylem Maja Komorowska. I to nie jest piękna deklaracja, lecz zasada, według której naprawdę żyje. Wybitna aktorka. I człowiek o niezwykłej uważności.
Artystka podkreśla znaczenie codziennych działań, pozornie zwyczajnych: pracy, rozmowy, obecności. Mówienie „dzień dobry”, uśmiech, gotowość do spotkania z drugim człowiekiem przestają być gestem grzeczności – stają się realnym wyborem. Właśnie w tym powtarzalnym, cichym wysiłku Maja Komorowska odnajduje szansę na ocalenie harmonii. Nawet jeśli tylko na moment. Nawet jeśli tylko na jeden dzień.
A ona nie zatrzymuje się nawet na chwile. Tworzy, zachwyca, działa. Na scenie wciąż podejmuje wyzwania wymagające absolutnej koncentracji i odwagi. W Teatrze Polonia gra w „Żarze”, a w Teatrze Dramatycznym wciela się w Winnie w „Szczęśliwych dniach Samuela Becketta”. Przez półtorej godziny prowadzi samotny monolog – pochwałę życia „mimo wszystko”. Jeden z krytyków nazwał tę rolę aktorskim arcydziełem. Już wkrótce zobaczymy ją również w nowej ekranizacji „Lalki”. Odpoczywa wśród najbliższych: syna, synowej, wnuków i prawnuków. To chwile rzadkie, ale bezcenne. Chwile, w których można na moment zwolnić, złapać oddech i wrócić do tego, co dla niej najważniejsze: szacunku dla każdego dnia i przekonania, że zawsze – niezależnie od okoliczności – można spróbować zrobić coś dobrego. Skąd czerpie tę energię? To doświadczenia, które ją ukształtowały i rodzina.

Trudne doświadczenia, które nie odebrały Mai Komorowskiej wiary w ludzi
Dzieciństwo Mai Komorowskiej przypadło na czas wojny. Czas trudny, naznaczony cierpieniem, brakiem bezpieczeństwa i codziennym lękiem. A jednak właśnie wtedy powstały obrazy, które zostały w niej na zawsze. Bliscy – przede wszystkim rodzice – uczyli, że nawet w najcięższych okolicznościach można ocalić sens. W sposobie, w jaki żyli, w rozmowach, w pielęgnowaniu świąt, kolęd, w robieniu papierowych łańcuchów na choinkę i przygotowywaniu drobnych prezentów było coś, co działało jak zaklęcie. Wojna nie odbierała im potrzeby celebracji, przeciwnie – sprawiała, że te chwile nabierały jeszcze większej mocy.
W opowieści Mai Komorowskiej jednym z ważnych obrazów, które ją ukształtowały, pozostaje czas spędzony na oddziale chirurgii dziecięcej przy ulicy Litewskiej. To tam, pomiędzy maturą a studiami, pracowała jako niewykwalifikowana pomoc pielęgniarska – w okresie, gdy poważnie rozważała studia medyczne. To były dni pełne napięcia, lęku i bólu, ale też niezwykłej bliskości. Obrazy z tamtego czasu do dziś pozostają w jej pamięci – jako dowód, że nawet w najbardziej dramatycznych okolicznościach można być komuś potrzebnym. Pewnego dnia przyniosła do szpitala lalkę – Jaśka, z teatru lalkowego przy ulicy Elektoralnej. Gdy zaczęła nią poruszać i „rozmawiać” z dziećmi, wydarzyło się coś niezwykłego. Mali pacjenci, jeszcze przed chwilą skupieni na bólu i strachu, reagowali radością. Na moment zapominali o chorobie. Czekali na Jaśka każdego dnia. Ta krótka chwila oddechu, wywołana prostym gestem, miała ogromną moc.
To doświadczenie stało się jednym z tych, które kształtują myślenie na całe życie. Dało jej poczucie sprawczości – przekonanie, że zawsze można zrobić coś konkretnego, coś realnego, co przyniesie drugiemu człowiekowi ulgę. I że nawet najmniejszy gest może mieć znaczenie. To właśnie takie wspomnienia, jasne i trwałe, wracają w trudnych momentach i przypominają, że od nas samych zależy więcej, niż czasem chcemy w to uwierzyć.
Czytaj też: Maja Komorowska zachwyca werwą i formą! 85-letnia aktorka pojawiła się na premierze wyjątkowej produkcji
Maja Komorowska o trudnych życiowych próbach
Najtrudniejsze chwile w jej życiu przyszły wcześnie. Najpierw było mierzenie się z cierpieniem bliskich, a potem z ich śmiercią – doświadczeniem, które pozostawia w człowieku trwały ślad i którego nie da się oswoić raz na zawsze. W życiu Mai Komorowskiej ten czas naznaczony był także chorobą matki, wobec której czuła bezradność, a jednocześnie ogromną, niemal bezwarunkową miłość. To była pierwsza lekcja graniczna: spotkanie z bólem, na który nie ma lekarstwa, i z uczuciem, które mimo wszystko potrafi unieść ciężar codzienności. W rozmowie z Anną Jasińską mówiła o swoich największych życiowych próbach:
„Miałam sześć i pół roku i byłam bezradna wobec bólu mojej ciężko chorej Matki. A jednocześnie pamiętam, że to doświadczenie było przepełnione obustronną miłością. Druga próba był napad w windzie – skrajność wobec tego, co przeżyłam w dzieciństwie. Wtedy zetknęłam się, pierwszy raz w życiu, ze złem. I pierwszy raz stanęłam też przed zagrożeniem mojego życia. W tych krótkich chwilach przebiegło mi przed oczami wszystko, co zrobiłam nie tak, jak bym chciała – co zrobiłam złego. I tylko myśl, że jeśli z tego wyjdę, będę porządkować życie… I staram się porządkować. Nie zawsze się to udaje, ale staram się”, mówi na łamach Twojego Stylu.

Maja Komorowska: „Poczucie bezpieczeństwa jest chyba najważniejszym światłem, które może nas rozjaśniać – do końca życia”
Czas nauczył ją przede wszystkim uważności. Zrozumienia, że człowiek nie jest jednoznaczny i nie daje się zamknąć w prostych definicjach. W każdym z nas istnieje zdolność do dobra i do zła, do piękna i do brzydoty, do poświęcenia i do skrajnego egoizmu. To odkrycie staje się formą ostrzeżenia i odpowiedzialności.
Maja Komorowska nie odkłada życia na później. Nie poddaje się. Praca staje się jednym z najważniejszych punktów odniesienia: możliwość działania, tworzenia, bycia potrzebną wciąż daje poczucie sensu. To właśnie fakt, że nadal może pracować, uznaje za wielki dar. Równolegle pojawiają się radości bardzo osobiste: narodziny prawnuczek, dorosłość wnuków. „Prywatne ostatnie oczarowanie to narodziny Lulu i Maszy, moich prawnuczek. To także dorosłe już życie moich wnuków. Ich samodzielność i dzielność. Zachwyca mnie też to, jak żyje mój syn i jego żona”, opowiada na łamach Twojego Stylu.
To wszystko składa się na definicję szczęśliwego dnia. Nieidealnego. Prawdziwego. Przeżytego świadomie, z wdzięcznością i z uważnością na to, co – mimo przemijania – wciąż trwa. „Wierzę, że wszystko jest w nas zakodowane i to, jak żyjemy, jest jakby odwoływaniem się do najwcześniejszych przeżyć. Mnie między innymi przyroda – ogród, kwiaty, drzewa, zapachy – do dziś pomaga reagować na świat i na to, co mnie spotyka. Poczucie bycia kochaną. Poczucie bezpieczeństwa jest chyba najważniejszym światłem, które może nas rozjaśniać – do końca życia. Tak samo ważne jest to, żeby być świadomym, jaki mamy cel”, mówi w rozmowie z Twoim Stylem.

Źródło: Twój Styl 3/2026