Jan Englert po raz kolejny udowadnia, że nie boi się trudnych tematów. W najnowszej książce Beaty Biały „Męskie gadanie 2” artysta z ogromną szczerością opowiada o starzeniu się, upływie czasu i nieuchronności śmierci. Jego słowa poruszają do głębi, bo dotykają lęków, o których mówi się rzadko i z trudem.

WIDEO…

player placeholder

Jan Englert szczerze o starości

Artysta powiedział wprost: „W moim wieku bać się czegoś — to by było śmieszne”, mówi Englert. Ale aktor nie ukrywa, że niepokoi go jedna, bardzo konkretna myśl: „Boję się jednego — że nie utrzymam się w porządku, że stanę się niezdolny do samodzielnego życia. Myśl o tym, że mógłbym stać się ciężarem dla innych, jest dla mnie najgorsza”.

Artysta zdradza, że nigdy nie należał do fanów służby zdrowia. Lekarze? Leki? To nie jego bajka. „Nienawidzę tego. Badań nie robię, leków nie biorę, zapominam albo je lekceważę. Więc jak już uwierzę, że muszę pójść, to wtedy dopiero się do tego biorę”, wyznaje z charakterystycznym dla siebie dystansem.

Zobacz także:

Jednak czas robi swoje. Englert zauważa, że z wiekiem pamięć staje się mniej niezawodna, ciało coraz częściej zawodzi, a codzienność przynosi nowe ograniczenia. „Czasem zapominam o czymś, o kimś... Ale to nie są objawy, które mnie rozbijają. Starzenie się to po prostu nowa wersja siebie”, mówi. I dodaje szczerze: „Przez całe życie ciało było twoim instrumentem, a nagle... fałszuje. To jest trudne, cholernie trudne. Wiem, że jestem stary, nie tylko dlatego, że kalendarz tak mówi. Wiem to po tym, że już nie wszystko chcę”.

CZYTAJ TEŻ: Są razem 13 lat, spełnili marzenie o rodzinie. Marina i Wojciech Szczęśni tylko nam opowiadają o swojej miłości

Jan Englert, Beata Ścibakówna, Viva! 6/2022
Robert Wolański

Jan Englert o przemijaniu

Jednak najbardziej przejmujące w tej rozmowie są słowa o śmierci. Englert nie unika tego tematu. „Nie rozumiem starców, którzy boją się śmierci. Przecież to jest nieuniknione. Więc to, czy ja umrę we wtorek, czy w piątek, czy w przyszłym tygodniu — co to za różnica? I tak umrę”, wyjaśnia.

Największy lęk? Powolne, bezradne umieranie. „Śmierć mnie nie przeraża. Ale perspektywa umierania — powolnego, bezradnego, niedołężnego — już tak. Nie chcę być ciężarem. Ani dla siebie, ani dla nikogo. Widziałem, jak umierał mój dziadek. I nienawidzę siebie za to, że pamięć wybrała karykaturę, nie bohatera”, dodaje.

Na koniec aktor zostawia czytelnika z myślą, która zostaje na długo: „Wiem, że nie będę miał nowego początku. Ale wciąż mogę mieć piękny koniec. I to jest coś, czego uczę się każdego dnia — żeby odchodzić bez żalu, bez histerii, bez potrzeby ostatniego słowa. Każda rola ma swoją kurtynę. Nawet ta najpiękniejsza”, kwituje.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Instruktorka jogi i żona gwiazdy TVN-u walczy ze stereotypami na temat menopauzy. Szczerze mówi o sobie i apeluje do kobiet

Jan Englert, Viva! 2010
Fot. Robert Wolański /

– Wątroba bolała, bo co?
Jan Englert:
Mnie się pamięta jako aktora od „Kolumbów”, czyli od 1970 roku, a skończyłem studia w 1964, więc sześć lat trzymałem halabardę.

– Ręka ścierpła?
Jan Englert:
Bardzo. Biegałem do tablicy czytać obsadę i czytałem: „drugi rycerz”. Moi koledzy z roku mieli duże role, już grali w filmach, a moja ówczesna żona była gwiazdą. Pierwszy wywiad ze mną ukazał się pod tytułem „Mąż swojej żony”.

– Nieźle musiało zaboleć. Mówi Pan, że na starość się traci pewność siebie i pewność swoich racji… A czy to nie jest tak, że się raczej człowiek utwierdza, że jest coraz mądrzejszy?
Jan Englert:
To jest samoobronna. Obserwowałem wielu moich odchodzących mistrzów i to jest zawsze mniej więcej tak samo. Są dwie możliwości: albo gryzą i głoszą, że są nieomylni, albo się wycofują całkowicie. Dlatego sztuką jest znalezienie tego złotego środka, żeby ani nie krzyczeć, że „tylko ja i nikt poza mną nie ma racji!”, ani się nie wycofywać. Uczestniczyć aktywnie, nawet się rozwijać. I nie uznawać, że jeśli ktoś coś inaczej robi, to musi być wróg, który „mnie zdemoluje”. Ja się tego uczyłem dość długo, nie miałem tego do pięćdziesiątki. Jeszcze w akademii teatralnej, której byłem rektorem, odkryłem w sobie w ostatnim momencie, naprawdę ostatnim, wirusa władzy. Nagle się zorientowałem, że zaczynam się zachowywać autorytarnie, że zaczynam głosić sądy, jak powinno być, że zacząłem być nieomylny.

– Ile Pan miał wtedy lat?
Jan Englert:
Zbliżałem się do sześćdziesiątki. Zrobiłem parę błędów, takich nie w moim stylu, w stosunkach z podwładnymi, z kolegami. Ale wyłapałem to na szczęście sam, nic się nie zdarzyło strasznego. To jest podobnie jak z anegdotą. Dopóki – a przecież wszyscy konfabulujemy anegdoty – ma się świadomość, co dołożyłem i zmyśliłem, a co jest naprawdę, to pół biedy, gorzej, że przychodzi taki moment, gdzie już się wierzy we własną wersję...

– To nie jest piękne? Tworzymy sami siebie, własną historię, wspominamy ją coraz to inaczej!
Jan Englert:
Ale potem czytam pamiętniki moich kolegów ze zdarzeń, w których uczestniczyłem, i muszę się zastanawiać, bo ich wersja jest kompletnie różna od mojej, a ja nie mam żadnego dowodu, że moja jest właściwa! Staram się więc nie mówić: a to kretyn, tak mnie opisał! Nie wiem, może tak było…

– Czy tak rozumiana starość nie jest szansą na to, żeby – może po raz pierwszy – poobcować ze sobą, bo różne rzeczy przestają już być ważne?
Jan Englert:
Ale ja sobą się strasznie nudzę. Na przykład nie mogę używać komputera..